Dzień trzeci, 4.06. 2011.

Spostrzeżenia własne, w zacne Wici sprawozdanie przemyślnie wklejone.

Po śniadaniu zostawiliśmy nasze bagaże w przechowalni.

Rzeczona "przechowalnia" była mikroskopijną pakamerą , w której nasze pokaźne bagaże zostały stłoczone na kształt Pałacu Kultury w znanym nam miescie.Przy ładowaniu sterty wielką tężyzną i sprytem okazał się niejaki Andrzej Z; mimo słabych protestów małżonki Ewy Z rzucił się bohatersko w wir upychania toreb, walizek, reklamowek, plecaków i wszystkiego, w co tak obficie zaopatrzyliśmy się na drogę, niepomni, ze czasy czarnoskórych tragarzy dawno minęły!

i wyruszyliśmy znowu na Stare Miasto, by obejrzeć uroczystą zmianę warty przed Pałacem Królewskim. Pogoda była piękna, słońce przygrzewało. W podgrupach przespacerowaliśmy się po wąskich, zacienionych uliczkach. Przed Muzeum Nobla wysłuchaliśmy koncertu chóru z Norwegii, który między innymi śpiewał dobrze nam znany "Tourdion". Żeby dobrze widzieć ceremonię zmiany warty, trzeba było zająć miejsca (stojące) godzinę wcześniej.

Zbity tlłumek wytrwale smażył się na piekącym północnym/hi hi/słoncu, obracając się to lewym, to prawym boczkiem dla równego przypiekania.Niektórzy jednak sprytnie zakotwiczyli się w zacienionym rogu/powiadają, że stał tam Karol; krążą pogłoski, iż dla zabicia czasu poklepywał co ponętniejsze sztokholmianki, ale nie dajemy temu wiary!/

Opłaciło się, bo spektakl był niecodzienny. Pięknie grająca orkiestra wojskowa w paradnych strojach, wartownicy o mało poważnym wyglądzie, dość śmiesznie się ruszający, różni wzrostem, tuszą, płcią.

W istocie, pokaz byłby trochę nudnawy, gdyby nie występy popisujących sie swoim kunsztem trójek i czwórek oraz rozmaitość postaci, w których przewijały się białoglowy; a ich obecność dodawała pikanterii paradzie /jakkolwiek wspomniany Karol W preferował raczej nieumundurowane../. W końcu nie darmo Szwecja jest znana z dbałości o to, by ród niewieści WSZĘDZIE zajmował nalezyte miejsce i pozycję!

Powrót do hotelu (znów pieszo),

a jakże, a jakże! "bambosze piecucha nie dla nas"

gdzie czekał na nas autokar, który miał nas zawieźć do Sundsvall. Obiad zjedliśmy po drodze, w restauracji nad jeziorem. Droga prowadziła wśród zielonych lasów, jezior i rzek. Cudowny krajobraz. W wesołej atmosferze dotarliśmy na miejsce około godziny 19.00. Przywitała nas grupa chórzystów z Attmar, oraz ich dyrygentka Agata Kuźniak ze swoją córeczką Hanią. Zuzanna otrzymała piękny bukiet kwiatów, a mnie przypadły ślicznie pachnące leśne konwalie.

Taak..A CO NA TO GIENIO?!

Zaśpiewaliśmy im "Vivat".

Czyli nas ulubiony utwór , będacy nie tylko chórowym stolat-em na okoliczność imienin, urodzin i jubileuszów, ale też niejako wypełniaczem dłużyzn i "dziur" konwersacyjnych

Potem Agata doprowadziła nas do hotelu sieci Ibis i tam nastąpiło rozstanie z Zuzanną, którą porwała do siebie jej siostra. Zmęczeni wrażeniami i podróżą rozlokowaliśmy się w ładnych, wygodnych pokojach i po kolacji ułożyliśmy się do snu.

Zaraz, zaraz! W tym miejscu godzi się zatrzymac dlużej. Nasz zachwyt nową kwaterą był zabarwiony lekki niesmakiem, bo oto z o/d/gorzałych wilków morskich smaganych wiatrem północy/nie bójmy się tego określenia!/, odwykłych od cieplarnianych warunków a przedkładających nad wygody twardą koję i towarzystwo chrapiących towarzyszy znów mieliśmy przewierzgnąć się w bladych mieszczuchów wylegujących się w piernatach! W dodatku nie na jednym obszernym lożu, ale na dwóch, a nawet trzech!

Niektórzy spośród nas wykazali się większą energią i byli na spacerze, bo słońce wcale nie chciało zajść.

Rzeczywiście niejeden, spragniony /widoków, oczywiście/, długo w noc/?/ szwendał się w grupkach i pojedyńczo po wyludnionym mieście/strasznie wcześnie ci Szwedzi idą spac, slońce na chłopa, a oni juz przewracają się na drugi bok!/. Jednakowoż miejscowa młodzież, co to duch kozaczy nie opuszcza jej nawet w najdalszym zakątku Ziemi, starała się jak mogła zakłócić dzwoniącą w uszach ciszę, przejeżdżając na klaksonie po głównych arteriach spokojnego zda się miasteczka ze śpiewem na uściech a pokrzykiwaniem w niezrozumiałej dla nas mowie/pewnie po szwedzku/.A były to nielada limuzyny, pamiętające dawną świetność i gangsterskie porachunki i strzelaniny, a wszystkie pięknie wyklepane i odpicowanie, cieszące oko/i ucho/. Tu i ówdzie walały się puszki po piwie, a niejeden młodzian, przyciśnięty potrzebą, dyskretnie oddawał się zrozumiałym kontemplacjom nad przydrożnym krzaczkiem lub pod drzewem. Ech, łza się w oku kręci!

Komentarzem opatrzyła
Wasza koleżanka Grażyna P

Stockholm, 04.06.2001

Dzień w Szwecji

Tego dnia, wstawszy wcześnie, zjedliśmy szwedzkie śniadanko, i w drogę! Podczas gdy Pilna i Obowiązkowa /choć nie pozbawiona kawalerskiej fantazji/ część chórzystów popędziła za naszą przewodniczką do Ratusza, reszta leniwie pociągnęła za sznurkiem sztockholmiaków/an?/ na Stare Miasto.
Poszwendawszy się tu i ówdzie we wzrastającym upale - gdzież te szweckie chłody?!- doczekalismy się naszej Niestrudzonej Przewodniczki, otoczonej trochę zmarnowaną grupką niedobi(pi)tych chórzystów.
Pokręciwszy sie jeszcze trochę /już w sciśle zaplanowanym porządku!/ popędziliśmy dalej, tym razem na obiad, w wybranej starannie przez naszego nieocenionego Krzysia restauracji. Już po jakichś 40-tu minutach /maruderzy twierdzą, ze po godzinie/, zlani potem, dopadliśmy kombinatu żywieniowego zwanego w języku XXI wieku restauracją, gdzie pożywialiśmy się...czym popadnie, popijając, jak zwykle, szwedzką wodą za friko.
Niektórzy narzekali, że dokonali złego wyboru, kierując się w kwestii zamawiania dań gustem niżej podpisanej /chodzą słuchy, że był to Władzieniek; doniesiono też, iż zarzeka się, że odtąd będzie słuchał TYLKO Andrzejka Z; o swej małżonce nie wspominał/.
Najadłszy się i napiwszy a przecwałowawszy przez pól miasta dopadliśmy wreszcie naszych arcywygodnych koi i zapadliśmy w krótki męczący sen, z którego poderwało nas, przy czynnym udziale niektórych nadgorliwców, poczucie Obowiązku Chórowego.
Jako się rzekło, objuczeni koncertowymi strojami, z nutami w solidnych teczkach, w butach na obcasach, w garniturach i koszulach non-iron a pod muchami cwałowaliśmy w niezmiennie prażącym slońcu raz w górę raz w dół, aby czem prędzej dać świadectwo naszemu artystycznemu kunsztowi.
Zarząd z rozwianym włosem pędził na przedzie.
Po upragnionej próbie nie uchroniliśmy się - jak łatwo było przewidzieć! - przed kolejnym sukcesem.
Zagraniczne audytorium oklaskiwało nas z zapałem, żądając bisów.
NIEPRAWDĄ JEST, JAKOBY BYLI TO GŁÓWNIE KREWNI-I-ZNAJOMI KRÓLIKA!!
W pełni usatysfakcjonowani , z naszą obładowaną kwiatami Zuzią oraz niezmordowanym Zarządem na czele, znów wyruszylismy w drogę, to w dół, to w górę.
W międzyczasie, niesyci sukcesu, wykonaliśmy od niechcenia - przy gorącym aplauzie słuchaczy - parę lżejszych kawałków.
Wkrótce jednakoż dotarliśmy do naszej łajby, choć nie w komplecie; co poniekórzy musieli się wzmocnić miejscowym piwkiem.
Większość jednak zadowoliła się wodą/patrz wyżej/ i kanapkami, własnym sumptem z ojczystych specjałów przyrządzonymi.
Było trochę zamieszania z miejscem biesiadowania, ale w końcu, posiliwszy się, zapadliśmy w wygodne fotele klubowe/ niektórzy w pidżamkach i i nnych ineksprymablach/, nie pogardziwszy jednakowoż na koniec piwkiem /tyż miejscowym/.
I tak kole 24-tej zakończył się ten pełen wrażeń - nie tylko artystycznych!-kolejny dzień naszego tournee.

Relacja autoryzowana.
Ewentualne niedociągnięcia stylistyczne ZAMIERZONE.

Wydarzenia wybrały i komentarzem opatrzyły:
Grażyna P.
i
Wiktoria M.

19 stycznia 2008 r., zgodnie z tradycją Towarzystwa, odbyło się spotkanie noworoczne, z udziałem ponad 50 członków oraz sympatyków Towarzystwa. Nasz Chór Amici Canentes zaśpiewał kilka kolęd pod dyr. Pani Zuzanny Kuźniak.
Zaszczyciła nas swoją obecnością Honorowa Członkini Towarzystwa, Pani Felicja Bylicka-Woźniak, nasza Nestorka, która zaśpiewała solo pieśń z dawnego (przedwojennego) repertuaru chóru.
Przybyli chórzyści z Kielc, z Płocka i innych miast, wzmacniając brzmienie zespołu, a Adam Mechowski jak zawsze zaprezentował talenty solowego wykonawstwa znanych arii operowych. Było wesoło i przyjemnie - przy zastawionych świątecznie stołach i karnawałowej dekoracji. Po wspólnych kolędach repertuar stawał się coraz bardziej urozmaicony; w kameralnych grupach spontanicznie inicjowano coraz to nowe pieśni, "porywające" pozostałych uczestników - od przebojów chóralnych sprzed lat, po biesiadne i turystyczne. Niech więc żałuje Jurek (Szwagier), który tym razem nie mógł przybyć, że nie usłyszał kolejnego wykonania ulubionej kołysanki "Kochanie moje, kochanie" Jana Maklakiewicza. Wspólne kolędy i inne pieśni chóralne integrują zespół, podobnie jak coroczne wieczory opłatkowe, spotkania na działkach i wyjazdy połączone z koncertami. Spotkania te kryją w sobie nieuchwytną, istotną dla nas duchową wartość.

Maria Laskowska

Koncert w Akademii Muzycznej

W kwietniu 2008 roku Towarzystwo Przyjaciół Chóru Uniwersytetu Warszawskiego obchodzi ósmą rocznicę działalności. Z tej okazji 20 kwietnia br. Jubilaci zorganizowali w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie koncert muzyki chóralnej, zapraszając do udziału w nim Chór Cantus Cordis pod dyr. Władysława Chanasa oraz Orkiestrę Kameralną pod dyr. Zuzanny Kuźniak. Dziękujemy Im za wspólny udany występ!

Chór Amici Canentes pod dyr. Zuzanny Kuźniak przygotował na tę okazję nowy repertuar a cappella, w którym znalazły się utwory Mikołaja Gomółki, Bartłomieja Pękiela, Thomasa Morleya, Dymitra Bortniańskiego oraz kompozytorów anonimowych. Ponadto po raz pierwszy wykonaliśmy formę wokalno-instrumentalną. Było to Kyrie, Sanctus i Benedictus z Missa Brevis G-dur, KV 140 Wolfganga Amadeusa Mozarta z udziałem Orkiestry Kameralnej i solistów chóru: Elżbiety Chojeckiej (sopran), Izabelli Mazurowskiej (alt), Aleksandra Rutkowskiego (tenor) i Jana Kłoskowskiego (bas). Orkiestra Kameralna, także pod dyr. Zuzanny Kuźniak, wraz z solistką Elżbietą Piasecką (alt) wykonała również arię Cara sposa z opery Rinaldo Georga Fredricha Händla.

Pozytywne opinie o koncercie i gratulacje składane przez licznych zaproszonych gości, miłośników muzyki i jej znawców, muzykologów, przyniosły nam dużo satysfakcji. Wykonanie po raz pierwszy przez nasz zespół form wokalno-instrumentalnych z udziałem solistów uświetniło nasz Jubileusz i wzbogaciło wspólny koncert, czyniąc go bardziej atrakcyjnym i sprawiając nam, wykonawcom, dużo zadowolenia. Przypomniało to niektórym z nas czasy studenckie, gdy z okazji Jubileuszu 50-lecia Chóru UW śpiewaliśmy na tej samej scenie motet Bacha Jesu, meine Freude - z ogromnym wzruszeniem, gdyż po raz pierwszy z orkiestrą warszawskiej PWSM. Jubileuszowe wykonanie motetu Bacha było dla mnie największym przeżyciem muzycznym w Chórze Uniwersyteckim. I nie sądziłam - będąc po latach jednym z członków założycieli Towarzystwa Przyjaciół Chóru UW - że doznam jeszcze kiedyś podobnych do tamtych wzruszeń w zbliżonych okolicznościach, choć tyle lat później. A tak się właśnie stało! Wzruszyłam się więc niezwykle śpiewając (również po raz pierwszy z orkiestrą!) Mozarta na obecnym Jubileuszu Chóru Amici Canentes. Pomyślałam, jakiż to piękny prezent od życia: powrót pamięcią - z radością i satysfakcją - do studenckich lat i przeżyć, gdy śpiewaliśmy w Chórze UW pod batutą Mirosława Perza czy Macieja Jaśkiewicza, zdobywając nagrody na wielu krajowych i międzynarodowych festiwalach.

Pomysł Janka Tymowskiego, by przed Jubileuszem 80-lecia Chóru UW powołać Towarzystwo Przyjaciół Chóru UW (dlatego nazywamy Janka Ojcem Chrzestnym Towarzystwa), zaowocował wspaniale: nie tylko powstała książka "Gaudeamus igitur" o historii Chóru UW i płyta z zachowanymi nagraniami, ale także, i przede wszystkim nastąpiła integracja i twórcza współpraca różnych pokoleń chórzystów UW. Dowodem tego jest wzajemna obecność na koncertach oraz udział przedstawicieli Zarządu i członków obecnego Chóru uniwersyteckiego w naszych spotkaniach (dziękujemy za przybycie na nasz Jubileusz Pani Prezes Kindze Jaźwińskiej!). Wspólnie promujemy naszą działalność, utrwalamy muzyczne wydarzenia, czerpiąc z tego niemałą satysfakcję.

Jednocześnie dzięki naszej obecnej muzycznej aktywności nie tylko żyjemy historią Chóru, ale jako jeden z zespołów muzycznych środowiska uniwersyteckiego nadal ją w pewnym sensie współtworzymy.

Naszej Pani Dyrygent Zuzannie Kuźniak składamy słowa podziękowania oraz uznania za talent, charyzmę, ciekawy dobór repertuaru, a także zdolności organizacyjne, dzięki którym po mistrzowsku dokonała cudownego wprost połączenia chóru, orkiestry i solistów w jeden artystyczny zespół. Niech to trwa! Podziękowania należą się Solistom, członkom Orkiestry, którzy bardzo uatrakcyjnili nasz występ, zawsze niezawodnej Marysi Bychawskiej, która profesjonalnie zapowiadała nasz koncert, Zarządowi, i także nam, chórzystom. "Jestem dumna, że należę do takiego zespołu" - powiedziała po koncercie jedna z naszych chórzystek śpiewających w altach (tym razem słuchająca naszego występu), której zdanie sobie cenię.

Zarówno w czasie koncertu, jak i spotkania w kawiarni "Sorrento" czułam, że ten dobry duch, który zawsze unosił się nad naszym chórem, znów jest obecny. Oby pozostał z nami jak najdłużej, pozwalając - pod znamienitą dyrekcją Zuzanny Kuźniak - przygotowywać coraz bardziej atrakcyjny program na kolejne jubileusze.

Maria Laskowska

20 stycznia 2008 r. nasz Chór pod dyr. Zuzanny Kuźniak wystąpił z koncertem kolęd w Kolegiacie św. Anny w Wilanowie, a 27 stycznia 2008 r. w Kościele św. Tomasza na warszawskim Ursynowie. Poszczególne utwory kolędowe profesjonalnie zapowiadała Marysia Bychawska, przypominając zarazem ich tło historyczne.
Dziękując za udział w niedzielnym koncercie na Ursynowie Ks. Proboszcz trafnie określił naszą pasję, dzięki której czujemy się ciągłymi studentami, którzy nie potrafią (i nie chcą) rozstać się ze swoją uczelnią i środowiskiem uniwersyteckim.
Styczniowe koncerty zespołu miały charakter w pewnym sensie jubileuszowy: mija bowiem rok dobrej, satysfakcjonującej nas i owocnej współpracy z Panią Dyrygent Zuzanną Kuźniak.

Maria Laskowska