Panią Irenę, która śpiewała w chórze Uniwersytetu Warszawskiego w latach 30-tych, poznaliśmy poprzez jej koleżankę, także chórzystkę, Felicję Woźniak-Bylicką. Było to już po jubileuszu 80-lecia chóru, stąd też jej nazwisko nie zostało odnotowane na kartach wydanej wówczas monografii naszego zespołu. Ponieważ jednak panie utrzymywały od lat stały kontakt ze sobą, bardzo się ucieszyły kiedy mogły uczestniczyć w koleżeńskich spotkaniach a także koncertach organizowanych zarówno przez nasze Towarzystwo jak i „młody” chór działający aktualnie przy Uniwersytecie Warszawskim.

Mimo zaawansowanego wieku, zarówno pani Felicja, jak i pani Irena, chętnie spotykały się z nami, nawiązując nawet bliskie kontakty osobiste z wieloma z nas i darząc nas autentyczną sympatią. Niestety, pani Felicji już nie ma wśród nas. Dołączyła do grona czterech innych, przedwojennych chórzystów, których udało się nam odszukać gdy odtwarzaliśmy historię zespołu. Pozostała jedynie pani Irena, ostatnia spośród przedwojennych chórzystek.

Pani Irena urodziła się w Warszawie 11 maja 1913 roku i tu studiowała na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego śpiewając jednocześnie w sopranach zespołu chóralnego noszącego wówczas nazwę Akademickie Koło Muzyczne „LIRA”. Całe jej długie życie związane jest ze stolicą. Mieszkała z rodzicami i rodzeństwem (dwóch braci i siostra) na ulicy Zielnej, a więc w samym śródmieściu. Tuż przed wojną, po nagłej śmierci ojca, przeprowadziła się na Pragę, gdzie, przy ulicy Targowej, mieszkała jej ciotka. Tam spędziła lata wojny i okupacji, w kamienicy u zbiegu Targowej i Kijowskiej. Po wojnie, już jako magister biologii, podjęła studia medyczne interesując się szczególnie neurologią. W tej dziedzinie zdobyła specjalizację i tytuł doktorski. Przez całe życie zawodowe związana też była z Instytutem Neurologii, początkowo w Pruszkowie, a potem w Warszawie, przy ul. Sobieskiego. W ostatnim okresie kierowała Oddziałem Neurologii Szpitala Grochowskiego.

Szczególnie bliski kontakt nawiązała z dwiema naszymi chórzystkami: Marzeną Grabiszewską-Gryka i Madzią Iżykowską. Ja także, choć nie tak często, jak moje koleżanki, starałam się odwiedzać panią Irenę podziwiając za każdym razem jej żywy temperament, doskonałą kondycję fizyczną i pamięć oraz zainteresowanie jakie przejawiała wszystkim co się dzieje nie tylko w jej najbliższym otoczeniu.

Uczestniczyłam w jej 98 urodzinach, w maju roku ubiegłego, a w tym roku w dniu 11 maja spotkałyśmy się znowu, aby świętować niezwykłą datę – 99 urodziny. Wybrałyśmy z tej okazji do Ogrodu Botanicznego, a pogoda nam wyraźnie sprzyjała bo było wyjątkowo ciepło, a nawet upalnie, a w ogrodzie oszałamiająco pachniały bzy i rozkwitały pierwsze kwiaty na krzakach rododendronów. Podczas spaceru pani Irena bezbłędnie nazywała wszystkie rośliny rosnące na niezliczonych grządkach i klombach, a ja z Marzeną czułyśmy się jak uczennice na niezwykłej lekcji biologii.

Elżbieta Jędrych

Występ i spotkanie z Chórem męskim ze Szwecji, sobota, dn. 5 maja 2012

To była piękna, słoneczna sobota, prawdziwie majowa. Zebraliśmy się dość licznie (mimo długiego weekendu), by zaśpiewać razem ze studentami ze Szwecji - same chłopaki! Po próbie w Dziekance popędziliśmy przez upalne Krakowskie Przedmieście do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Szwedzkiej, mieszczącego się na 3-cim piętrze (bez windy!) budynku przy ul. Senatorskiej, nieopodal hałaśliwego Irish Pub'u.

Wdrapawszy się - z pewnym trudem - na górę ujrzeliśmy grupkę krewnych - i - znajomych, niecierpliwie czekającą na rozpoczęcie koncertu i skracającą sobie oczekiwanie pogryzaniem rozstawionych tu i ówdzie słonych paluszków i wafelków, przepijanych wodą (niestety..)

Wkrótce pojawili się Szwedzi - jeden w drugiego rosłe, strzeliste jak młode dęby chłopaki, typ nordycki, głównie blondasy. Wystrojeni w koncertowe fraki, przepasani szarfami w barwach narodowych Szwecji prezentowali się nader przywitecznie - nasze "dziewczęta" aż nogami przebierały!

Wnet też rozpoczęli występ. Jak huknęli młodymi głosy, to aż ściany zadrżały! W repertuarze mieli głównie szwedzkie "kawałki", ale też i dwa polskie utwory; pięknie to brzmiało, rozpisane na męski chór.

Zapowiadał młodzian (tez niczego sobie), tłumacząc co trzeba, głównie z naszego na szwedzkie, co sprawiało mu czasem niejaką trudność, zważywszy na kwiecistą mowę naszej nieocenionej Marysi, prowadzącej konferansjerkę w drugiej części koncertu, kiedy to wystąpił ze swoim programem nasz chór, tj Amici Canentes.

Mimo dość spartańskich warunków, gorąca i małej przestrzeni, którą udało się naszym gospodarzom wygospodarować, koncert wyszedł nadspodziewanie udatnie. Zbici w ciasną kupkę słyszeliśmy się dobrze, utwory brzmiały pewnie, śpiewaliśmy z biglem, jak przystało na młodych emerytów! Niektórzy podejrzewali, że na panie zwłaszcza widok tylu naraz przystojniaków podziałał tak energetycznie...Nic nie ujmując rodzimym, rzecz jasna!

Zadowoleni, zebrawszy zasłużone - ma się rozumieć! - brawa (w których brali gromki udział nasi szwedzcy goście, odwdzięczając się za nasz wcześniejszy niekłamany aplauz), z powrotem popędziliśmy szparkim truchtem do Dziekanki, by - przebrawszy się w zwyczajne, nieśpiewacze odzienie - spotkać się ze Szwedami na gruncie stricte towarzyskim w stylowej restauracji ukraińskiej na Foksal, gdzie zamówiono kilka stolików.

Aliści po przybyciu, z pewnym opóźnieniem, naszych szwedzkich gości, okazało się, iż przygotowano za mało miejsc; było więc trochę zamieszania, dostawiania stolików, przynoszenia nowych nakryć, ustalania tego i owego...

Chłopaki wcale się tym nie przejęli, popijając na stojaka roznoszone przytomnie przez kelnerów piwo; a w końcu zasiadłszy, rozpoczęli, nie zwlekając, biesiadowanie. Na stoły wjechało pieczyste, zacna butelczyna krążyła wkoło i wkrótce gruchnęły śpiewy; nie sposób nie zakonotować, że wzrastające stężenie alkoholu we krwi wydatnie podnosiło z piosenki na piosenkę kunszt śpiewaczy Szwedów. Serce roście na widok takiej rozśpiewanej młodzieży! Jakoż i my - ze to sroce spod, nie przymierzając, ogona nie wypadliśmy - chocia ździebko starsi, nie ociągaliśmy się z muzyczną ripostą, prezentując kilka utworów z naszego biesiadnego (sic!) repertuaru.

I tak, zespół wespół, pojadając, przepijając a podśpiewując miło spędziliśmy sobotni wieczór. Podgrywała nam czysto ukraińska kapela z czysto ukraińskim tj angielskojęzycznym repertuarem, ale tańcowało się, ze hej!

O czym uprzejmie donosi z roztańczonego Ciechocinka wasza Grażynka

Zapraszamy członków i sympatyków Towarzystwa na uroczystości Jubileuszu 90-lecia Chóru UW:

  • 1 grudnia 2011, czwartek, godz. 19.00 - Filharmonia Narodowa w Warszawie.
    Koncert Urodzinowy Uniwersytetu Warszawskiego 90 lat Chóru Akademickiego UW. 
    W programie - Msza C-dur "Cellensis" Josepha Haydna Hob.XXII:5.

    Wykonawcy:
    Anna Karasińska - sopran
    Agnieszka Rehlis - alt
    Karol Kozłowski - tenor
    Patryk Rymanowski - bas
    Orkiestra Kameralna Filharmonii Narodowej w Warszawie
    Chór Akademicki Uniwersytetu Warszawskiego
    Dyrygent - Irina Bogdanovich

    Odbiór zaproszeń na koncert w Filharmonii oraz na Wielki Zjazd Chóru UW - przed koncertem, w holu Filharmonii w godz. 18.00 - 18.45 (dotyczy osób, które zadeklarowały swój udział).

    Informujemy, że jest możliwość zamówienia bezpłatnego zaproszenia dla 1 osoby towarzyszącej na koncert do Filharmonii. Należy w tym celu przesłać wiadomość na adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. do 21 listopada. Filharmonia nie dystrybuuje zaproszeń na ten koncert.

  • 2 grudnia 2011, piątek, godz. 19.30 - Kościół Akademicki św. Anny w Warszawie,
    ul. Krakowskie Przedmieście 68
    Koncert Chóru Amici Canentes Towarzystwa Przyjaciół Chóru UW z okazji Jubileuszu 90-lecia Chóru UW.
    Dyrygent - Zuzanna Kuźniak

    W programie: utwory Mikołaja Gomółki, Wacława z Szamotuł, Jacoba Arcadelta, Dmitrija Bortnianskiego, Siergieja Rachmaninowa, Michaiła Ippolitowa-Iwanowa, Erlanda von Kocha, Moniki Aslund, Iriny Denisowej.

    Wstęp wolny. Załączamy zaproszenie.

  • 2 grudnia 2011, piątek, godz. 20.30 - Wielki Zjazd ChAUW
    - sala bankietowa Centralnej Biblioteki Rolniczej, ul. Krakowskie Przedmieście 66.
    Podczas bankietu przewiduje się m.in. występy artystyczne chórzystów i wspólne muzykowanie.

Serdecznie zapraszamy!

Zarząd TPChUW
12.11.2011

Drodzy.
/jak zaczynał kazanie pewien ksiądz w mojej parafii/

Oto nadchodzi wreszcie tak długo oczekiwany Dzień Pierwszej Próby. I znowuż chorzysta obojga płci/ze zdecydowaną przewagą niewieściej/będzie w każdą środę śpiesznie bieżał z różnych stron miasta, by punktualnie o 18.

30 zająć miejsce pod surowym okiem naszej Zuzi, któraż to, wypoczęta i wybiegana w szweckich siołach, zaopatrzona w kamerton, fortepian i Wytyczne, będzie nas - z naszym radosnym przyzwoleniem- gnębić a ostatnie poty chórowe wyciskać, hej! Jak drzewiej, nie zważając na nasz z roku na rok szacowniejący wiek, będziemy zrywać się do stójki na komendę "śpiewamy na stojąco", będziemy , zgrzytając zębami, powtarzać ciągle niedość dobrze tę samą frazę, a tęsknie spoglądawszy na zegarek, wyczekiwać tradycyjnej herbatki, hej!

Ale bo ileż to już razy zjeżdaliśmy się tłumnie z najdalszych zakątków miasta na naszą pierwszą w roku - nie bójmy się użyć tej nazwy - szkolnym próbę, znużeni letnimi szaleństwami i brakiem wspólnego muzykowania!Onoż nas wszak corocznie gromadziło pod kolorowym parasolem dźwięków, który to parasol mocno i nieustraszenie dzierży w swojej delikatnej zdałoby się rączce Pani Dyrygent, czyli nasza nieoceniona-ale doceniona!-Zuzia. /tu autorka pokusiła się o poetycką przerzutnię, nie pogardziwszy odrobiną pochlebstwa/

Niepomni zatem - drobnych wszak! - potknieć, nieporozumnień, różnych jednapani-drugiejpani, tupnięć dyrygencką nóżką, prezesowskich no-no-no paluszkiem, z niesłabnącym zapałem rozpoczynamy nasze doroczne Pierwsze Rozśpiewanie, hej! I tak już do czerwca; ileż nas w tym czasie czeka nowych wyzwań, cudownych chwil, podczas których chór zabrzmi jednym glosem i jednym sercem/tu poetka uroniła łzę wzruszenia/, spotkań towarzyskich, koncertów pracowicie przygotowywanych a wreszcie imienin suto obłożonych słodkościami, różnych stolatów i wiwatów, hej!

A wszystko to z młodym ogniem w lekko nadszarpniętych zębem czasu piersiach i wzrokiem utkwionym pilnie i wiernie w naszego Dyrygenta, ma się rozumieć.

I choć czasem kretowe pagórki zastępują nam drogę, towarzystwa wzajemnej adoracji pojawiają się /i znikają/ jak grzyby po deszczu, a niejeden/niejedna/ umiał/a/ by lepiej i skuteczniej, pomimo tych różnych nie -tak, nie-w tym momencie i po-co, my jednak

TRWAMY I ŚPIEWAMY!!

I LUBIMY SIĘ, PRAWDA?

Wasz niestary wiarus

Relację sporządziła Wiktoria Melech.
Autorzy zdjęć:
  Tomasz Paczkowski
  Andrzej Zieliński
  Elżbieta Chojecka
  Martin Martinsson