Zespół Amici Canentes pod dyrekcją Iliny Sawickiej 24 stycznia 2016 dał koncert kolędowy po mszy wieczornej w kościele pw. św. Jana Bożego przy ul. Bonifraterskiej 12 w Warszawie. Gościnnie wystąpili również uczniowie klasy harfy Szkoły Muzycznej „Paderevianum” w Sulejówku. Koncert zapowiadała Maja Laskowska, jak zwykle podając słuchaczom interesujące informacje na temat naszego repertuaru.

Zaśpiewaliśmy a cappella dziewięć znanych kolęd polskich i angielskich. Trzy kolędy wykonaliśmy z towarzyszeniem harfy wspólnie ze słuchaczami.

Koncert został odebrany przez publiczność z wielką życzliwością i sympatią. Uznanie słuchaczy zyskały również występy młodziutkich harfistów. Przyjemnie było słuchać ich gry i patrzeć, jak dobrze radzą sobie z trudnym i wymagającym instrumentem.

Bardzo dziękujemy Księdzu Rektorowi – Ojcu Bruno za możliwość wykonania koncertu w tym pięknym barokowym kościele i za udostępnienie nam sali na próbę przed występem.

Urszula Capała

W dniu 17 stycznia 2016 roku odbył się w kościele Narodzenia NMP przy Alei Solidarności w Warszawie koncert kolędowy w wykonaniu chóru Amici Canentes pod dyrekcją Jerzego Sawickiego. W ramach programu koncertu chór zaśpiewał dziewięć kolęd (polskich i angielskich) oraz trzy najbardziej znane kolędy polskie z akompaniamentem harfowym uczniów podstawowej szkoły muzycznej w Sulejówku pod kierunkiem Iliny Sawickiej. W tej części koncertu do wspólnego śpiewania dołączyli licznie zebrani w kościele słuchacze, wśród których było wielu naszych stałych sympatyków. Uroczystą i świąteczną atmosferę podkreśliło piękne wnętrze siedemnastowiecznego kościoła.

Wiktoria Melech

W sobotę 9 stycznia zorganizowaliśmy spotkanie noworoczne w siedzibie gościnnego Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego przy ul. Senatorskiej. Najpierw pojawiali się chórzyści, ponieważ Pani Dyrygent Ilina Sawicka zarządziła przed spotkaniem próbę. Chcieliśmy bowiem dla miłych gości dać krótki koncert kolędowy. Każdy pojawiał się taszcząc ze sobą jakiś przysmak przygotowany na „stół szwedzki” – a to owoce, a to sałatkę, a to szyneczkę, a to własnoręczny wypiek, a to butlę czegoś do picia. Stół wyglądał bardzo okazale, smakowicie i świątecznie.

Przybyli goście, członkowie i sympatycy Towarzystwa Przyjaciół Chóru UW, zajęli z góry upatrzone pozycje na przygotowanej widowni. Pani Prezes Ela Chojecka powitała gości, złożyła wszystkim życzenia, przedstawiła nową Panią Dyrygent Ilinę Sawicką zebranym i po krótkiej prelekcji Mai Laskowskiej rozpoczęliśmy nasz występ. Zaśpiewaliśmy sześć kolęd. Podobno zabrzmieliśmy nieźle, pomimo szczupłości zastępu altów (choroby i wypadki losowe wyeliminowały niektóre koleżanki). Potem była mała niespodzianka: pani Prezes przy akompaniamencie kolegi Andrzeja Trybuły zaśpiewała solo kolędę Adolfa Adamsa „Ta święta noc”.

Przed przewidywaną drugą częścią programu, czyli Kabarecikiem, ruszyliśmy do stołu wzmocnić nasze jestestwa rozmaitymi przysmakami. Nie zabrakło również osób chętnych do robienia zdjęć. Każdy chciał mieć jakąś pamiątkę ze spotkania.

Po degustacji ruszyły występy członków chórowego „Kabareciku”. Koncepcją i konferansjerką jak zwykle zajęła się Grażynka Pijet, co wychodziło jej znakomicie, a w Kabareciku wystąpił kwiat naszego zespołu: Basia, Marysia, Iza, Grzesio, Karolek i inni. Nic to, że nastrojowe oświetlenie nieco utrudniało kabaretowcom korzystanie ze starannie przygotowanych ściąg. Widownia nie zważała na drobne potknięcia i nagradzała brawami wszystkie występy, doceniając nie tylko humor tekstów opartych na mistrzu Gałczyńskim, ale również dzielną postawę koleżanek i kolegów aktorów.

Po kabareciku znów ruszyliśmy do „szwedzkiego stołu”. Atmosfera była niezwykle przyjemna, wiele osób przecież dawno się nie widziało, kilka osób przybyło z zagranicy, kilka spoza Warszawy, więc wymiana informacji trwała w najlepsze.

Pod koniec spotkania, jak to zwykle bywa w chórze, zaczęły się „śpiewy narodowe”. Rozpoczęły basy pieśnią „Hej z góry, z góry jadą Mazury”, na czele z Adamem Mechowskim, a potem już szły następne śpiewy, pod koniec z akompaniamentem gitarowym Karola i Piotrka. Dopiero późnym wieczorem zakończyło się spotkanie wspólnym korowodem i harcerską „Bandą”.

Do zobaczenia w przyszłym roku, oby w komplecie, czego sobie i miłym gościom życzymy. A osobom organizującym całość spotkania serdecznie dziękujemy, bo było bardzo miłe i nastrojowe. Nade wszystko zaś dziękujemy Prezesowi Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego Panu Tomaszowi Kwiecińskiemu za możliwość zorganizowania koncertu i spotkania.

Ula Capała

Chór Amici Canentes pod dyr. Iliny Sawickiej został zaproszony do udziału w niezwykłej uroczystości Święta Światła, czyli Dnia św. Łucji w Towarzystwie Polsko-Szwedzkim, która odbyła się 13 grudnia 2015 roku, z udziałem Gości ze Szwecji i środowisk polonijnych. Bardzo cenimy sobie bliską, wieloletnią już współpracę z Zarządem i gronem pracowników Towarzystwa. Dziękujemy za zaproszenie Prezesowi Towarzystwa, Panu Tomaszowi Kwiecińskiemu.

Kilka lat temu nasz chór śpiewał w siedzibie Towarzystwa ze szwedzkim zespołem studenckim z Lund. Tym razem wystąpiliśmy wspólnie z młodzieżą studencką z warszawskiego Uniwersytetu Psychologii Społecznej, wykonując wspólnie – przy nastrojowym blasku świec oświetlającym uroczysty orszak św. Łucji – szwedzkie utwory związane z Dniem św. Łucji i Bożym Narodzeniem. Studencki orszak w bieli ze światłami dodawał magii tego wieczoru podczas wspólnego wykonywania pieśni „Sankta Lucia” oraz szwedzkich kolęd i pastorałek.

Spotkanie dwóch pokoleń uniwersyteckich, a zarazem dwóch kultur – polskiej i szwedzkiej – kolejny raz połączyła ponadczasowa i uniwersalna sfera kultury, jaką jest muzyka i śpiew chóralny.

Po wspólnym repertuarze szwedzkim Chór Amici Canentes pod dyr. Iliny Sawickiej wykonał krótki recital. Zaśpiewaliśmy „Cantilenę” szwedzkiego kompozytora i dyrygenta Erlanda von Kocha, następnie „Kom!” – Moniki Aslund, współczesnej kompozytorki szwedzkiej i choreografki, ponadto anonim francuski z XVI wieku „Ding dong! Merrily on high!” w opr. Charlesa Wooda oraz starą kolędę walijską „Deck the Holls”.

Zakończyliśmy występ jedną z najbardziej znanych kolęd na świecie i śpiewaną już wcześniej po szwedzku – kolędą „Cicha noc” w języku polskim, w opr. Davida Wikandera.

Udział w uroczystościach Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego i wspólnych projektach muzycznych jest bardzo atrakcyjną formą współpracy i pozwala nam poznać bliżej szwedzką historię, tradycję i kulturę.

Maria Laskowska

I znowu w Bachotku, ale tym razem z krewnymi-i-znajomymi Królika, czyli z kochanymi chórzystami naszymi. Kupka nas niewielka, ot, jeden mikrobusik (plus wyładowany żywym towarem samochód Andrzeja), ale towarzystwo wcale dobrane! Wkrótce doszlusowała jeszcze Lenka z mężem, a w sobotę Ewa i Andrzej Zielińscy. No i przyjechał z samego Nowego Sącza Jasiek, by uświetnić imprezę i zasilić nadwątlone basy; wiadomo, ognisko musi przecież być! I nie tylko ognisko... 

Wszystko odbyło się zgodnie z planem; wprawdzie witał nas i żegnał rzęsisty deszcz, a niektórzy w nocy zmieniali pokoje z b.b. zimnych na b.zimne, aż podejrzewano onych o pójście za modą w temacie orientacji seksualnej, ale nic to! 

Bo też działo się, działo! 

Po pierwsze przyjechał z nami pies, a ściślej biorąc suka o wdzięcznym imieniu Dziunia. Rzeczona Dziunia, własność Izy, okazała się wcale grzecznym i ułożonym pieskiem, a raczej psiskiem (rozmiarów wcale pokaŸnych!). Umiała się przy tym złożyć jak scyzoryk, moszcząc się w samochodzie Andrzeja pomiędzy 2-ma parami nóg, torbiszczem Izy i gitarą w solidnym pokrowcu, którego koniec plasował się gdzieś w okolicy Andrzejowego łokcia, co nie przeszkadzał rzeczonemu prowadzić pewnie i z wdziękiem. 

Dziunia chodziła z nami wszędzie, z kuchni dostawała smaczne kąski, a w nocy leżała pod stołem cichutko jak myszka i tylko rytmicznym uderzeniem ogona odnotowywała nasze nocne wycieczki do toalety, jak to w słusznym wieku bywa... 

Rozrywek w Bachotku była cała kupa, począwszy od spacerów po okolicznych zakątkach, a skończywszy na... ale najpierw o zakątkach. 

Dwa najpiękniejsze w okolicy – leżące w dole czarodziejskie jeziorko Skrzynka, w którym odbijało się niebo, oraz widok z mostku Jadwigi na leżącą w obrębie rezerwatu Bachotek rzeczkę Skarlankę, spinającą jeziora Bachotek i Strażym, nie zawiodły niżej podpisanej, zachwycając bez reszty szacowne grono spacerowiczów. Nawet Ania, utrudzona urzędniczą harówką, gdy zobaczyła - po wejściu na wysoką skarpę - wyłaniające się nieoczekiwanie wody jeziorka, lśniące w słońcu, zapomniała o zmęczeniu i wraz z innymi oddała się z zapałem fotografowaniu. 

Niektórzy tak się zachwycili Skrzynką, że w niedzielę, nie zważając na podłą pogodę, w drodze z kościoła nadłożyli drogi, by pokontemplować sobie nabożnie w tym uroczym zakątku, którego piękna trudno przecenić! 

A czasu na kontemplację nie było zbyt wiele, był on bowiem wypełniony po brzegi a pokrojony jak tort posiłkami, na które wiara ściągała ochoczo i z niezmiennym apetytem, czemu niektórzy dziwili się: gdzież się to wszystko mieści?! 

Jednym z punktów programu była wymyślona na wzór gry planszowej gra terenowa, nazwana wdzięcznie ”chórową grą bachotkową”. Towarzystwo podzieliło się na 3 grupy: soprany, alty i basy (tenorów niestety nie stało..). Każda grupa, rzucając dwiema (dla pewności) pokaŸnymi kostkami, przesuwała się o wyrzuconą liczbę oczek. Gra toczyła się w malowniczym miejscu nad jeziorem, wokół miejsca na ognisko, wśród huśtawek i zjeżdżalni. 

Czegóż tam nie trzeba było dokonać! A to odśrpiewać na melodię „fal Amuru” pieśni M.Gomółki ”Już się zmierzka”, a to, zjeżdżając ze zjeżdżalni, wykonać ekologiczny utwór „Gdzie strumyk płynie z wolna”, to znów, uformowawszy się w kajak, „dopłynąć” do wyznaczonego stanowiska, śpiewając gromko ”Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal”. Innym razem, wspominając z łezką w oku fest na wyjeŸdzie w Szwecji, zjeść w czasie 2 minut (bez pomocy rąk!) dyndające na nitce ciastka (z czego grupa wywiązała się znakomicie!) lub, wybrawszy najlżejszego chórzystę, utworzyć krzesełko i przenieść go na z góry upatrzona pozycję. 

ąmiechom i facecjom nie było końca, a całoąć zwieńczyła gra w „Ambasadora”; niezorientowanych odsyłam do przepastnych pokładów pamięci z czasów PRL-u... 

Ostatecznie zwyciężyły ex aequo soprany i alty, po piętach deptały im basy; wszyscy w nagrodę za trudy otrzymali cenne nagrody w postaci lizaków i Uścisków Prezesowej, których natężenie było dawkowane w zależności od zdobytego miejsca. 

Ledwo skończyła się gra, a tu trzeba było pędzić na kolację (niektórzy znów zahaczyli o Skrzynkę...), a po kolacji – OGNISKO! 

A należy podkreślić, że pogoda, wyproszona przez co bardziej wpływowych w niebieskich sferach chórzystów, dopisała w sobotę wspaniale; cały dzień przyświecało nam słońce, a w nocy na nieboskłonie wyłoniły się gwiazdy i cudnie nam towarzyszyły do godziny 2-giej, kiedy to, znużeni śpiewami, tańcami, jadłem a napitkami udaliśmy się, ociągając, na zasłużony odpoczynek. 

Jeszcze w niedzielę grupka wytrwałych bachotkowiczów popędziła piechtą na Mszę św. do Pokrzydowa, dokąd na skróty przez las i łąki poprowadziła niżej podpisana, przy czym należy podkreślić, że udało jej się nie zabłądzić, w czym również widać rękę Opatrzności! 

Wybalowani, przejedzeni i ponapawani pięknem przyrody, zapakowaliśmy się do naszych pojazdów i, śpiewając gromko Hymn Bachotka, zaczynający się słowami ”Jeśli wejdziesz między wrony...”, żegnani znowu deszczem, udaliśmy się w kierunku Warszawy. 

Do widzenia, Bachotku! Do przyszłego roku! 

Gall Anonim (czyli Grażynka P.)