W dniu 17 stycznia 2016 roku odbył się w kościele Narodzenia NMP przy Alei Solidarności w Warszawie koncert kolędowy w wykonaniu chóru Amici Canentes pod dyrekcją Jerzego Sawickiego. W ramach programu koncertu chór zaśpiewał dziewięć kolęd (polskich i angielskich) oraz trzy najbardziej znane kolędy polskie z akompaniamentem harfowym uczniów podstawowej szkoły muzycznej w Sulejówku pod kierunkiem Iliny Sawickiej. W tej części koncertu do wspólnego śpiewania dołączyli licznie zebrani w kościele słuchacze, wśród których było wielu naszych stałych sympatyków. Uroczystą i świąteczną atmosferę podkreśliło piękne wnętrze siedemnastowiecznego kościoła.

Wiktoria Melech

W sobotę 9 stycznia zorganizowaliśmy spotkanie noworoczne w siedzibie gościnnego Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego przy ul. Senatorskiej. Najpierw pojawiali się chórzyści, ponieważ Pani Dyrygent Ilina Sawicka zarządziła przed spotkaniem próbę. Chcieliśmy bowiem dla miłych gości dać krótki koncert kolędowy. Każdy pojawiał się taszcząc ze sobą jakiś przysmak przygotowany na „stół szwedzki” – a to owoce, a to sałatkę, a to szyneczkę, a to własnoręczny wypiek, a to butlę czegoś do picia. Stół wyglądał bardzo okazale, smakowicie i świątecznie.

Przybyli goście, członkowie i sympatycy Towarzystwa Przyjaciół Chóru UW, zajęli z góry upatrzone pozycje na przygotowanej widowni. Pani Prezes Ela Chojecka powitała gości, złożyła wszystkim życzenia, przedstawiła nową Panią Dyrygent Ilinę Sawicką zebranym i po krótkiej prelekcji Mai Laskowskiej rozpoczęliśmy nasz występ. Zaśpiewaliśmy sześć kolęd. Podobno zabrzmieliśmy nieźle, pomimo szczupłości zastępu altów (choroby i wypadki losowe wyeliminowały niektóre koleżanki). Potem była mała niespodzianka: pani Prezes przy akompaniamencie kolegi Andrzeja Trybuły zaśpiewała solo kolędę Adolfa Adamsa „Ta święta noc”.

Przed przewidywaną drugą częścią programu, czyli Kabarecikiem, ruszyliśmy do stołu wzmocnić nasze jestestwa rozmaitymi przysmakami. Nie zabrakło również osób chętnych do robienia zdjęć. Każdy chciał mieć jakąś pamiątkę ze spotkania.

Po degustacji ruszyły występy członków chórowego „Kabareciku”. Koncepcją i konferansjerką jak zwykle zajęła się Grażynka Pijet, co wychodziło jej znakomicie, a w Kabareciku wystąpił kwiat naszego zespołu: Basia, Marysia, Iza, Grzesio, Karolek i inni. Nic to, że nastrojowe oświetlenie nieco utrudniało kabaretowcom korzystanie ze starannie przygotowanych ściąg. Widownia nie zważała na drobne potknięcia i nagradzała brawami wszystkie występy, doceniając nie tylko humor tekstów opartych na mistrzu Gałczyńskim, ale również dzielną postawę koleżanek i kolegów aktorów.

Po kabareciku znów ruszyliśmy do „szwedzkiego stołu”. Atmosfera była niezwykle przyjemna, wiele osób przecież dawno się nie widziało, kilka osób przybyło z zagranicy, kilka spoza Warszawy, więc wymiana informacji trwała w najlepsze.

Pod koniec spotkania, jak to zwykle bywa w chórze, zaczęły się „śpiewy narodowe”. Rozpoczęły basy pieśnią „ Hej z góry , z góry jadą Mazury”, na czele z Adamem Mechowskim, a potem już szły następne śpiewy, pod koniec z akompaniamentem gitarowym Karola i Piotrka. Dopiero późnym wieczorem zakończyło się spotkanie wspólnym korowodem i harcerską „Bandą”.

Do zobaczenia w przyszłym roku, oby w komplecie, czego sobie i miłym gościom życzymy. A osobom organizującym całość spotkania serdecznie dziękujemy, bo było bardzo miłe i nastrojowe. Nade wszystko zaś dziękujemy Prezesowi Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego Panu Tomaszowi Kwiecińskiemu za możliwość zorganizowania koncertu i spotkania.

Ula Capała

Chór Amici Canentes pod dyr. Iliny Sawickiej został zaproszony do udziału w niezwykłej uroczystości Święta Światła, czyli Dnia św. Łucji w Towarzystwie Polsko-Szwedzkim, która odbyła się 13 grudnia 2015 roku, z udziałem Gości ze Szwecji i środowisk polonijnych. Bardzo cenimy sobie bliską, wieloletnią już współpracę z Zarządem i gronem pracowników Towarzystwa. Dziękujemy za zaproszenie Prezesowi Towarzystwa, Panu Tomaszowi Kwiecińskiemu.

Kilka lat temu nasz chór śpiewał w siedzibie Towarzystwa ze szwedzkim zespołem studenckim z Lund. Tym razem wystąpiliśmy wspólnie z młodzieżą studencką z warszawskiego Uniwersytetu Psychologii Społecznej, wykonując wspólnie – przy nastrojowym blasku świec oświetlającym uroczysty orszak św. Łucji – szwedzkie utwory związane z Dniem św. Łucji i Bożym Narodzeniem. Studencki orszak w bieli ze światłami dodawał magii tego wieczoru podczas wspólnego wykonywania pieśni „Sankta Lucia” oraz szwedzkich kolęd i pastorałek.

Spotkanie dwóch pokoleń uniwersyteckich, a zarazem dwóch kultur – polskiej i szwedzkiej – kolejny raz połączyła ponadczasowa i uniwersalna sfera kultury, jaką jest muzyka i śpiew chóralny.

Po wspólnym repertuarze szwedzkim Chór Amici Canentes pod dyr. Iliny Sawickiej wykonał krótki recital. Zaśpiewaliśmy „Cantilenę” szwedzkiego kompozytora i dyrygenta Erlanda von Kocha, następnie „Kom!” – Moniki Aslund, współczesnej kompozytorki szwedzkiej i choreografki, ponadto anonim francuski z XVI wieku „Ding dong! Merrily on high!” w opr. Charlesa Wooda oraz starą kolędę walijską „Deck the Holls”.

Zakończyliśmy występ jedną z najbardziej znanych kolęd na świecie i śpiewaną już wcześniej po szwedzku – kolędą „Cicha noc” w języku polskim, w opr. Davida Wikandera.

Udział w uroczystościach Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego i wspólnych projektach muzycznych jest bardzo atrakcyjną formą współpracy i pozwala nam poznać bliżej szwedzką historię, tradycję i kulturę.

Maria Laskowska

I znowu w Bachotku, ale tym razem z krewnymi-i-znajomymi Królika, czyli z kochanymi chórzystami naszymi. Kupka nas niewielka, ot, jeden mikrobusik (plus wyładowany żywym towarem samochód Andrzeja), ale towarzystwo wcale dobrane! Wkrótce doszlusowała jeszcze Lenka z mężem, a w sobotę Ewa i Andrzej Zielińscy. No i przyjechał z samego Nowego Sącza Jasiek, by uświetnić imprezę i zasilić nadwątlone basy; wiadomo, ognisko musi przecież być! I nie tylko ognisko... 

Wszystko odbyło się zgodnie z planem; wprawdzie witał nas i żegnał rzęsisty deszcz, a niektórzy w nocy zmieniali pokoje z b.b. zimnych na b.zimne, aż podejrzewano onych o pójście za modą w temacie orientacji seksualnej, ale nic to! 

Bo też działo się, działo! 

Po pierwsze przyjechał z nami pies, a ściślej biorąc suka o wdzięcznym imieniu Dziunia. Rzeczona Dziunia, własność Izy, okazała się wcale grzecznym i ułożonym pieskiem, a raczej psiskiem (rozmiarów wcale pokaŸnych!). Umiała się przy tym złożyć jak scyzoryk, moszcząc się w samochodzie Andrzeja pomiędzy 2-ma parami nóg, torbiszczem Izy i gitarą w solidnym pokrowcu, którego koniec plasował się gdzieś w okolicy Andrzejowego łokcia, co nie przeszkadzał rzeczonemu prowadzić pewnie i z wdziękiem. 

Dziunia chodziła z nami wszędzie, z kuchni dostawała smaczne kąski, a w nocy leżała pod stołem cichutko jak myszka i tylko rytmicznym uderzeniem ogona odnotowywała nasze nocne wycieczki do toalety, jak to w słusznym wieku bywa... 

Rozrywek w Bachotku była cała kupa, począwszy od spacerów po okolicznych zakątkach, a skończywszy na... ale najpierw o zakątkach. 

Dwa najpiękniejsze w okolicy – leżące w dole czarodziejskie jeziorko Skrzynka, w którym odbijało się niebo, oraz widok z mostku Jadwigi na leżącą w obrębie rezerwatu Bachotek rzeczkę Skarlankę, spinającą jeziora Bachotek i Strażym, nie zawiodły niżej podpisanej, zachwycając bez reszty szacowne grono spacerowiczów. Nawet Ania, utrudzona urzędniczą harówką, gdy zobaczyła - po wejściu na wysoką skarpę - wyłaniające się nieoczekiwanie wody jeziorka, lśniące w słońcu, zapomniała o zmęczeniu i wraz z innymi oddała się z zapałem fotografowaniu. 

Niektórzy tak się zachwycili Skrzynką, że w niedzielę, nie zważając na podłą pogodę, w drodze z kościoła nadłożyli drogi, by pokontemplować sobie nabożnie w tym uroczym zakątku, którego piękna trudno przecenić! 

A czasu na kontemplację nie było zbyt wiele, był on bowiem wypełniony po brzegi a pokrojony jak tort posiłkami, na które wiara ściągała ochoczo i z niezmiennym apetytem, czemu niektórzy dziwili się: gdzież się to wszystko mieści?! 

Jednym z punktów programu była wymyślona na wzór gry planszowej gra terenowa, nazwana wdzięcznie ”chórową grą bachotkową”. Towarzystwo podzieliło się na 3 grupy: soprany, alty i basy (tenorów niestety nie stało..). Każda grupa, rzucając dwiema (dla pewności) pokaŸnymi kostkami, przesuwała się o wyrzuconą liczbę oczek. Gra toczyła się w malowniczym miejscu nad jeziorem, wokół miejsca na ognisko, wśród huśtawek i zjeżdżalni. 

Czegóż tam nie trzeba było dokonać! A to odśrpiewać na melodię „fal Amuru” pieśni M.Gomółki ”Już się zmierzka”, a to, zjeżdżając ze zjeżdżalni, wykonać ekologiczny utwór „Gdzie strumyk płynie z wolna”, to znów, uformowawszy się w kajak, „dopłynąć” do wyznaczonego stanowiska, śpiewając gromko ”Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal”. Innym razem, wspominając z łezką w oku fest na wyjeŸdzie w Szwecji, zjeść w czasie 2 minut (bez pomocy rąk!) dyndające na nitce ciastka (z czego grupa wywiązała się znakomicie!) lub, wybrawszy najlżejszego chórzystę, utworzyć krzesełko i przenieść go na z góry upatrzona pozycję. 

ąmiechom i facecjom nie było końca, a całoąć zwieńczyła gra w „Ambasadora”; niezorientowanych odsyłam do przepastnych pokładów pamięci z czasów PRL-u... 

Ostatecznie zwyciężyły ex aequo soprany i alty, po piętach deptały im basy; wszyscy w nagrodę za trudy otrzymali cenne nagrody w postaci lizaków i Uścisków Prezesowej, których natężenie było dawkowane w zależności od zdobytego miejsca. 

Ledwo skończyła się gra, a tu trzeba było pędzić na kolację (niektórzy znów zahaczyli o Skrzynkę...), a po kolacji – OGNISKO! 

A należy podkreślić, że pogoda, wyproszona przez co bardziej wpływowych w niebieskich sferach chórzystów, dopisała w sobotę wspaniale; cały dzień przyświecało nam słońce, a w nocy na nieboskłonie wyłoniły się gwiazdy i cudnie nam towarzyszyły do godziny 2-giej, kiedy to, znużeni śpiewami, tańcami, jadłem a napitkami udaliśmy się, ociągając, na zasłużony odpoczynek. 

Jeszcze w niedzielę grupka wytrwałych bachotkowiczów popędziła piechtą na Mszę św. do Pokrzydowa, dokąd na skróty przez las i łąki poprowadziła niżej podpisana, przy czym należy podkreślić, że udało jej się nie zabłądzić, w czym również widać rękę Opatrzności! 

Wybalowani, przejedzeni i ponapawani pięknem przyrody, zapakowaliśmy się do naszych pojazdów i, śpiewając gromko Hymn Bachotka, zaczynający się słowami ”Jeśli wejdziesz między wrony...”, żegnani znowu deszczem, udaliśmy się w kierunku Warszawy. 

Do widzenia, Bachotku! Do przyszłego roku! 

Gall Anonim (czyli Grażynka P.)

Dzień 1 czwartek 5. 06. 2014 r.

Wyjechaliśmy z Warszawy z placu Bankowego wcześnie rano. Jechaliśmy w kierunku na Rzeszów. Postoje były częste, zgodnie z wymaganiami przepisów transportu drogowego. Na obiad zatrzymaliśmy się w "Leśnym Dworze" niedaleko granicy ze Słowacją, granicę przekroczyliśmy za Barwinkiem, po słowackiej stronie minęliśmy miejscowość Wyżny Komarnik.  Przez Słowację jechaliśmy dość krótko, do granicy węgierskiej jest około 140 km. Wszędzie przepiękne widoki, niebo błękitne, białe chmurki, zielone połoniny. Do Budapesztu przyjechaliśmy wieczorem, zakotwiczyliśmy w hotelu "Hunor" znajdującym się w III dzielnicy. Atrakcją tej dzielnicy, którą zobaczyliśmy rano  jest Aquincum czyli pozostałości po rzymskim mieście znajdującym się w tym miejscu 2 tys. lat temu. Aquincum zostało zniszczone w 410 r. przez Hunów, a zasiedlone ponownie w 896 r. przez Madziarów pod wodzą księcia Arpada.

 

Dzień 2      piątek, 6. 06. 2014 r.

  Po śniadaniu spożytym w sporym zamieszaniu w stołówce hotelowej "bardzo zbiorowej", wzięła nas w obroty nasza przewodniczka, pani Teresa. Od razu było widać, że będzie chciała nam pokazać w Budapeszcie bardzo dużo, a może nawet wszystko. Zaczęliśmy zwiedzanie od placu Bohaterów, zwanego też Placem Milenijnym, jednego z największych i najważniejszych placów stolicy. Głównym punktem placu jest pomnik ku czci poległych w czasie I wojny światowej. Centralny punkt pomnika to 36 metrowa kolumna archanioła Gabriela. Wokół kolumny usytuowane są konne pomniki księcia Arpada, legendarnego przywódcy Madziarów i jego  6 wodzów.  Na dwóch półkolistych kolumnadach znajdują się posągi ważnych postaci związanych z historią  Węgier.  Plac Bohaterów otoczony jest pięknymi budynkami powstałymi na przełomie 19 i 20 w. : Muzeum Sztuk Pięknych, Pałac Ekspozycji. Potem minęliśmy postać prezydenta Ronalda Reagana uwiecznioną w brązie i pomaszerowaliśmy oglądać kompleks zamkowy Vajdahunyad znajdujący się w Parku Miejskim. Jest to ciekawy obiekt, ponieważ został wybudowany na wystawę z okazji 1000-lecia Węgier, pierwotnie z drewna, a dopiero później z kamienia. Łączy w sobie wiele stylów architektonicznych: od gotyku do baroku.   Nazwę zawdzięcza kopii zamku w Vajdahunyad, znajdującego się w Siedmiogrodzie. Na dziedzińcu znajduje się pomnik "węgierskiego Galla Anonima", nieznanego z imienia autora Gesta Hungarorum.  Turysta musi  koniecznie dotknąć jego pióra, a więc wszyscy karnie to uczyniliśmy.   Następny punkt zwiedzania to główny kościół Budapesztu – bazylika św.  Stefana, największy kościół w stolicy. Posiada 96 metrową kopulę z wyobrażeniem Boga Ojca. Znajduje się tam osobna kaplica z relikwiami     ( prawa ręka ) św. Stefana. Zaśpiewaliśmy tam dwa utwory "Gaude mater      Polonia" i "Nieście chwałę mocarze". Móc zaśpiewać w takim miejscu,      to było naprawdę duże przeżycie.

Pojechaliśmy kawałek słynnym budapeszteńskim metrem, które  w chwili obecnej posiada już trzy linie. Później  weszliśmy na górę Gellerta (Gellert Hegy). Swą nazwę miejsce zawdzięcza biskupowi Gellertowi, który z nakazu pierwszego króla Węgier św. Stefana ochrzcił plemiona Madziarów.

W 1851 r. Habsburgowie wznieśli tam Cytadelę. Na szczycie góry znajduje się Pomnik Wolności - kobieta z gałązką palmową. Z tego miejsca roztacza się piękna panorama na Dunaj i Budapeszt.  Poszliśmy do kościółka ojców paulinów  ukrytego w grotach skalnych góry Gellerta. Szczególną uwagę zwróciliśmy na polski ołtarz z wizerunkiem Orła Białego z Matką Boską Częstochowską na piersi. I tam również zaśpiewaliśmy, a za słuchaczy była młodzieżowa wycieczka w tym czasie zwiedzająca kościółek.  Po krótkim odpoczynku w hotelu w programie było Oceanarium-Tropikarium, największy tego typu obiekt w Europie środkowej, zbudowane w 2000 r., zajmujące 3000 m2 powierzchni:  rekiny, płaszczki  i inne bajeczne ryby pływały nam nad głowami.

   A wieczorem czekała nas degustacja wina w wytwórni win pod Budapesztem. Gospodarze przygotowali dla nas długi, pięknie nakryty, zastawiony baniastymi kielichami stół i w bardzo miłej "śpiewającej" atmosferze degustowaliśmy cztery rodzaje wina, od wytrawnego do słodkiego. Na koniec degustacji odbył się mały konkurs dla ochotników. Każdy, owinięty wielkim białym prześcieradłem, pił, ile mógł, wino nalewane przez kipera wprost do buzi ze specjalnego baniaczka z rurką. Potem robiliśmy zakupy  na miejscu, a potem unieśliśmy nasze butelkowe zdobycze do autokaru i udaliśmy się na "zasłużony odpoczynek". Nasze zdobycze nawet zbytnio nie brzęczały, bo były odziane w specjalne siateczki "przeciwbrzęczeniowe".

 

Dzień   3   sobota, 7. 06. 2014 r.

       Trzeci dzień pobytu na Węgrzech był równie bogaty w program zwiedzający jak poprzedni. Tego dnia mieliśmy do obejrzenia Wzgórze Zamkowe. Gmach Zamku w czasie II wojny  światowej uległ zniszczeniu, jego odbudowa zakończyła się w 1976 r. Znajdują się tam teraz muzea: Historii Budapesztu i Historii Współczesnej, Galeria Narodowa i Biblioteka Narodowa.

 W centrum Wzgórza Zamkowego znajduje się kościół Macieja. Świątynia ta jest pod wezwaniem NMP, ale Węgrzy nazywają go kościołem Macieja. Zbudowano go w poł. XIII w.  Było to miejsce ważnych dla Węgrów wydarzeń historycznych : akty przejęcia władzy, śluby królewskie, koronacje. Wnętrze kościoła zdobią przepiękne malowidła i witraże. Znajdują się tam liczne węgierskie pamiątki historyczne, jak również replika insygniów koronacyjnych, oryginały ich bowiem są przechowywane w gmachu Parlamentu. Świątynia wyróżnia się wspaniałym dachem wykonanym z kolorowych porcelanowych dachówek.

   Całość Wzgórza Zamkowego z pięknymi basztami rybackimi znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

     O godz. 12 oglądaliśmy węgierską zmianę warty przed Zamkiem.

Potem pojechaliśmy na Wyspę Małgorzaty - to taki budapeszteński park wypoczynku. Wyspę utworzono w 1950 r. z trzech mniejszych wysepek. Zajmuje teraz około 100 h. powierzchni. Są tam boiska, korty tenisowe, 11 basenów, grająca fontanna, restauracje, ogród japoński i wiele  pięknych roślin. Wyspę zwiedzaliśmy jadąc małą wycieczkową ciuchcią. A czekając na ciuchcię również śpiewaliśmy.

   Potem musieliśmy wrócić do hotelu i trochę "przyjść do siebie", bo po południu czekał nas koncert w kościele św. Krystyny.

Przed koncertem przyszedł do nas i powitał na węgierskiej ziemi  dyrygent miejscowego malutkiego chóru polonijnego, w którym śpiewa również nasza pani przewodniczka. Chór polonijny zaśpiewał dla nas na powitanie pieśń ze swojego repertuaru i wtedy my zaczęliśmy swój występ. Zaczęliśmy pieśnią "Gaude mater Polonia". Nastąpił bardzo wzruszający moment, gdy wszyscy słuchacze wstali i na stojąco wysłuchali naszej pradawnej pieśni. Odczuwało się wyraźnie ogromną  życzliwość  widowni. Po  występie nasi rodacy zaprosili nas do małej sali na lampkę wina i tam zaśpiewaliśmy im jeszcze "Wiwat".

Wieczorem pani Teresa zabrała nas na Wzgórze Gellerta, aby podziwiać bajeczną  panoramę oświetlonego Budapesztu i Dunaju.

 

Dzień 4 niedziela  8. 06. 2014r.

     Dzień czwarty chyba najbardziej dał nam w kość, ponieważ musieliśmy bardzo wcześnie wstać. Trzeba było zjeść śniadanie, zrobić próbę, przebrać się i zdążyć na poranną mszę w pobliskim kościele parafialnym naszej pani przewodniczki.  Po mszy zaplanowany był nasz koncert. Było niestety bardzo gorąco, a my w "pełnym rynsztunku" a więc siłą rzeczy wysuszeni i na wpół upieczeni. Ale staraliśmy się bardzo, a przyjęcie przez słuchaczy było niezwykle życzliwe. Po koncercie ksiądz proboszcz Attila, Słowak, który już kilkanaście lat pełni swą posługę na Węgrzech, zaprosił nas na mały poczęstunek i krótki odpoczynek na plebanię.

  Po południu pojechaliśmy pod Budapeszt do miejscowości Szentendre (św. Andrzej). To taki węgierski Kazimierz nad Wisłą, malutkie malownicze miasteczko artystów, z knajpkami, kramikami z pamiątkami. Znajdują się tu muzea wielu węgierskich malarzy, 9 cerkwi, skansen, Muzeum Wina, Muzeum Marcepana, które zwiedziliśmy i w którym również śpiewaliśmy.

    Wieczorem czekał na nas jeszcze zamówiony statek i wycieczka  po Dunaju. Znów oglądaliśmy podświetlone mosty i zabytkowe budowle, z których wyróżnia się oczywiście Parlament. Byliśmy w pobliżu tej budowli kilka razy. Budowano ją od 1885 r. Pierwsze posiedzenie odbyło się w 1896 r. na 1000-lecie państwa węgierskiego. Budynek posiada około 700 pomieszczeń. Znajdują się tu siedziby wielu ministerstw i prawie wszystkich instytucji rządowych. W Parlamencie są też oryginalne insygnia królów węgierskich. Kilka razy widzieliśmy też, przejeżdżając obok, pomnik naszego generała Józefa Bema.

     Na zakończenie naszego pobytu w Budapeszcie przejechaliśmy wieczorem przez miasto i pani przewodniczka przypominała nam, które miejsca już widzieliśmy. Na samym końcu  przejechaliśmy koło Wielkiej Synagogi, drugiej co do wielkości na świecie ( po nowojorskiej), przepięknego gmachu wybudowanego w stylu mauretańskim.

    A potem wróciliśmy do hotelu i zabraliśmy się za pakowanie walizek, bo następnego dnia znów musieliśmy bardzo wcześnie wstać z myślą o powrocie do domu.

 

Dzień 5 poniedziałek 9. 06. 2014 r.

    Po śniadaniu zapakowaliśmy nasze bagaże do autokaru, stanęliśmy pod "drzewem fasolowym" rosnącym przed hotelem i zaśpiewaliśmy na pożegnanie dla pani Teresy naszą pieśń "Sija hamba". Pani Teresa rozdała "pożegnalne osiołki" i trzeba było się rozstać. Rozpoczęliśmy powrót do domu. Przez zakorkowany  Kraków i Radom, podziwiając bajeczne polskie krajobrazy oraz podniesieni na duchu widokiem bardzo wielu nowych domów w Polsce  i starannie utrzymanych obejść, dotarliśmy do ukochanej, zakorkowanej Warszawy. 

  A teraz garść wrażeń prywatnych : wycieczka była bardzo piękna, pożyteczna, wzruszająca ( możliwość zaśpiewania w tak niezwykłych miejscach jak główne zabytki Budapesztu naprawdę robi wrażenie) patriotyczna, wymagała sporo wysiłku od wszystkich ( od osób organizujących dużo, dużo wysiłku, za co wielkie dzięki i buziol) ale DALIŚMY  RADĘ!!!!! HURA !!!  WARTO  BYŁO!!!     

Urszula Capała