Zadziwiające! Lat temu 22 (słownie) odszedłem z Chóru za kadencji niejakiego pana Bukata. Miałem trudności i z nim, i w pracy zawodowej w FN, gdzie w tym czasie źle widziano "dodatkowe zajęcie". Następnie Ola Zaborska skaperowała mnie do Towarzystwa Przyjaciół Chóru, w którym nie zagrzałem długo miejsca. Po prostu forma działalności wydawała mi się cokolwiek ograniczona. Owszem, pojmowałem ideę, cieszyły kontakty z przyjaciółmi, lecz brakowało muzyki w dawnym stylu. Mimo upływu czasu - z pamięci Chóru jednak nie "wyparowałem".

Wróciłem 28 sierpnia 2004 z dwumiesięcznej wakacyjnej żeglugi na Bachotku do domu, i tutaj znalazłem niespodziewane zaproszenie na... wyjazd Chóru UW (czytaj: TPC UW) do Bachotka (!) Sprawa ciekawska. Z informacji wynikało, że ruszy tam 65 osób, co było liczbą niemal równą niegdysiejszym wyjazdom na obozy. Postanowiliśmy z Marysią, że jedziemy.

Nie pomnę już komu na miejscu zbiórki padałem w powitalne objęcia; połowy przybyłych nie poznawałem, Chór z lat dawnych niezwykle wydoroślał. Płońsk, Sierpc, Rypin, Brodnica. Ano właśnie! W Brodnicy godzinny postój i zwiedzanie pod wodzą Ewy Kierszys. Musiałem zrezygnować ze spaceru, moje nogi już bardzo oporne. Ale jedziemy dalej: - Tama Brodzka, Jajkowo, Pokrzydowo i już... już... jest!

Organizacja na miejscu? Bez pudła. Marzena zrobiła doskonałą robotę, łącznie z wydrukiem drobiazgowych informacji o Bachotku w formie folderów. Zakwaterowanie i wyżywienie, godzinowy rozkład zajęć + atrakcje + czas wolny itd. Kogo na miejscu brakowało? Oczywiście Perza, jego wędek i czego tam jeszcze? Ależ tak! Szafy dla zwodowania Szwagra.

W sobotę po południu Marzena powiada do mnie: - rób regaty. Warto pamiętać, że była to koronna konkurencja w toku obozów, rozegrana także w obsadzie międzynarodowej, po której Chór pod "wyznawcą Dnia Siódmego" wypłynął w Siegen, lecz nie na kajakach.

No i w sobotę regaty były. A jakże, tradycyjnie w mieszanych obsadach i z uwagi na upierdliwy deszczyk przy starcie - po trasie skróconej. Szwagrowi doradzano, aby wiosłował tylko do czoła wyspy, tam nieco poczekał i nie opływając jej wyprzedził wszystkich; zawodnicy nie oglądali się. Ale on w zaparte i jechał po swojemu. Komisja ustaliła kolejność miejsc na finiszu, przygotowała dyplomy, puchary itd. Co ciekawe? Otóż para małżeńska, czyli Ewa i Andrzej Zielińscy wystartowała na wiosłowej krypie i także pokonała wyznaczoną trasę.(!) Regaty wygrali Jagoda Rzeszotarska ze Stefanem Chełstowskim.

Przy okazji wspominano ciekawy incydent z regat, gdy para Tomek i Kama "zgubiła" już nad plażą dno kajaka i finiszowała maszerując w kajaku po dnie (sic.) Do regat nie należały nocne "Rajdy świetlików", tankowane rejsy "karawe-lą", na której pagajowano sztachetami z parkanu POLMO i siłowe nocne zatargi na wodzie z rybakami PGR Jajkowo; posądzali chórzystów o kradzież sieci. Cholera! Pomysłowi.

Na obozach bywały ogniska. A jakże! Ale ze względu na późne pory i preparowanie grzańca, wędrowało się nad urocze jeziorko Skrzynka. (Szef kręcił nosem na stratę formy wokalnej uczestników.) Oczywiście za powrotem część chórowego narodu gubiła się w drodze. Kontroli w łóżkach - nie było. Podobnie i dzisiaj - ogniska braknąć nie mogło. Nie nad Skrzynką, lecz na miejscu. Godne ze wszech miar podkreślenia, że do Bachotka przybyli aktualnie solenizantki i solenizanci, traktujący Chór zdecydowanie po męsku. W wyniku tego repertuar przy ognisku sięgnął wstecz do "Piosenki o Nowej Hucie" i wcześniejszych. A na jakich się skończył? Nie pomnę, poczułem się zalany i spłynąłem. Podobno bardziej krewcy udali się jeszcze w rajd wokół Bachotka i w drodze wznosili manifestacyjne ryki. Czy Bachotek obeszli -nieważne Czy wędrował z nimi Szwagier - nie dowiedziałem się.

"Akwarium" w Bachotku żywiło nas niegdyś - rzekłbym - według możliwości lat owych. A jednak Chór jakieś względy miał zawsze. To też nie dziwota, że aktualnie nie było posiłków, lecz formalne obżarstwo. No cóż? Faszerowaliśmy się z obłędem w oczach; Chórowi apetyty nie zniżkowały. Nigdy i nigdzie. Nawet w ulicznej knajpie dla bezrobotnych w Rzymie. (O bogowie! Czym nas tam karmiono!...) Pamiętamy też antały czerwonego wina i suche buły na zakąskę w Sondrio i - jaja "jakieś tam" w Aix en Provance.

W niedzielę dla odmiany znakomita pogoda. Część towarzystwa odwiedziła kościół w Pokrzydowie, bez obowiązkowego śpiewania na mszy. Ja zdołałem namówić Jagodę na wycieczkę do antycznego kościoła w Żmijewie, trafiliśmy tam na odpust, procesję etc. Kto z nami nie ruszył - niech żałuje. Co za parada, co za stragany!... Oczekiwaliśmy członków ZSL w strojach regionalnych, ale nic z tego. Była wystawa, lecz mody z żurnali.

Także w niedzielę nadbieżała nam godzina z rozkładu i Marzena powiada: - rób próbę. Kamerton zabrałem, miałem o nim pamiętać pod "gardłem". Nie ukrywam: próba dla mnie wzruszająca; ileż wspomnień... Ileż wspólnych koncertów poczynając od sali Romy?... Który to był rok? Nie istotne dzisiaj.

Próba nie w .Akwarium" lecz przy palenisku, jeszcze dymiącym od wczoraj. Czyli pełna sceneria Bachotka... Co śpiewamy? Zwyczajnie, to co lubimy, to co w Chórze przyjmowano chętnie i z entuzjazmem. Zala była uprzejma pamiętać o nutach, za co jej w tym miejscu dziękuję. A więc kartki, dźwięki i... dalej wiadomo. Żarła mnie trema, usiłowałem się otrząsnąć. Ostatni raz robiłem próbę zbiorową w zastępstwie nieobecnego Banana w Radziejowicach...? Ile to już lat od tamtych wydarzeń? Ktoś zapewne pamięta. Na teraz ważne były dobre proporcje w głosach i widoczna chęć wszystkich, aby utwory brzmiały tak jak je z przeszłości pamiętają. Czy próba była udana - historia w przyszłości oceni.

Stosowną porą "pompa" rozdania dyplomów i nagród uczestnikom regat. No i nieodzowne zdjęcia pamiątkowe, a tych posiadacze aparatów nie szczędzili. Były też kąpiele z udziałem Szwagra i licznych krzepkich pływaczek i pływaków, ale czas nie czekał. Zebraliśmy się raz jeszcze przy palenisku wysłuchać "podsumowania" Marzeny i odryczeć wiwat na jej cześć i podziękowanie, i panu kierownikowi PTTK w Bachotku, czym go podobno niebywale wzruszyliśmy. Jazda powrotna do Warszawy, stajnia lam w Drobinie (nikogo z naszych nie opluły) i wysiadka ma Bankowym. Termin pierwszej próby w nowym sezonie: 6 października 2004, ponowienie Bachotka zaprzysiężone.

Jestem pod wrażeniem. Czego? Otóż ponownie Chóru (wszakże to Chór UW) w Bachotku); przemiłych przypomnień: Jo ty mnie przyjmowałeś do Chóru", "mam wszystkie portrety od ciebie", "what?", "a mnie pamiętasz - mieszkam teraz w Berlinie", "czy to prawda że będziesz na próbach?", i jeszcze, i jeszcze... Chór "odprawił" u Stefana w Popowie pożegnanie lata. Cholernie mi przykro, uczestniczyć - nie byłem w stanie. Wybaczcie!

Westchnął i zaszłości wspomniał Wasz K. B.

I oto nadszedł z takim pietyzmem przygotowywany Pierwszy Jubileusz Naszego Ukochanego Chóru "AMICI CANENTES", czyli Chóru Towarzystwa Przyjaciół Chóru Uniwersytetu Warszawskiego, a także, niewątpliwie /a może przede wszystkim?/ Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, która to adoracja rozwijała się przez minione 5 lat na licznych działkowych nieoficjalnych imprezach, mniej lub bardziej obleganych, ale za to zawsze NIEZWYKLE UDANYCH!

Pięciolecie istnienia naszego Towarzystwa uświetnił Jubileuszowy Koncert Muzyki Chóralnej, odśpiewany z zapałem nie tylko przez szacownych jubilatów, ale też przez - nie mniej szacownych, choć kapkę młodszych - chórzystów Chóru Akademickiego Uniwersytetu Warszawskiego pod batutą uroczej Iriny Bogdanowitch oraz Chóru Kameralnego Uniwersytetu Warszawskiego "Collegium Musicum" pod dyrekcją przemiłego Andrzeja Borzyma.

Oj, działo się, działo!

Zeszliśmy się wszyscy NIEZWYKLE PUNKTUALNIE, /co niżej podpisana jako osoba akuratna poświadcza/ w Sali Operowej /tak, tak, nie spod bylegośmy ogona wypadli/, zdenerwowani i przejęci, i niemalże z wybiciem godziny 11-tej rozpoczęliśmy rozśpiewanie z naszym Pawełkiem tj. Pawłem Straszewskim, wiernym, choć też wielce zestresowanym dyrygentem naszego chóru.

Wkrótce, aniśmy się obejrzeli, zaczął się koncert, rozpoczęty przez Chór Akademicki UW. My występowaliśmy ostatni, co dało nam okazję do ożywionych dyskusji, zaliż to lepiej czy gorzej. Gdyby było odwrotnie i występowalibyśmy pierwsi, dyskusje byłyby nie mniej ożywione, to pewne. "W tym temacie", jak mawia nasza Ania, przeleciał niezły kwadransik, potem trochę kręcenia się po korytarzu; niektórzy usiłowali zobaczyć i usłyszeć co się dzieje na scenie, a także na widowni, gdzie siedziała liczna rzesza krewnych-i-znajomych Królika, przyklaskująca z jednakim zapałem mniej lub bardziej karkołomnym wyczynom śpiewaczym.

W końcu nadszedł czas wyjścia na scenę. Jeszcze trochę damskich przepychanek przy ustawianiu się, bo to wszystkie nadobne chórzystki /nie wyłączając niżej podpisanej!/ chciałyby stać w pierwszym rzędzie, aby nie tylko zachwycić widzów swoim śpiewem, ale też niewątpliwym wdziękiem i bezpretensjonalnością, począwszy od wyfryzowanej główki aż po elegancki bucik.

Co do bucika, niewątpliwą palmę pierwszeństwa należałoby dać Ani, jednakowoż nie dopchawszy się do pierwszego rzędu stanęła w drugim, co niewątpliwie pozbawiło słuchaczy części słusznie im się należących wrażeń estetycznych, bo bucik był rewelacyjny!

Nawet nasza skromnie wyglądająca zazwyczaj Ola zachwyciła nas wypracowaną fryzurą i makijażem, a co! Pozostałe panie też, jak jedna żona, wystroiły się i wyfiokowały, aż blask bił, jak wdzięcznym krokiem wchodziły na salę, kłaniając się starcom, damom i młodzieży /tu trochę poniosła mnie literacka fantazja!/. Należy też oddać sprawiedliwość naszym niezwykle przystojnym panom, choć w liczbie skromniejszej, ale nadrabiającym dyskretnym męskim urokiem, z naszym - przesadnie skromnym! - dyrygentem Pawełkiem na czele.

Nasz niedługi, lecz starannie dobrany repertuar podobał się bardzo, jakżeby inaczej! Wszak wiedzieliśmy, kogo zapraszamy! Zwłaszcza psalmy Mikołaja Gomółki zostały należycie docenione, jak mniemam, bo też wykonaliśmy je z wyczuciem i uczuciem. Wiechowiczowskie "Oczki..." trochę nam się rozsypały, ale ogólne wrażenie było nader pozytywne i, jak w kuluarach mówiono, nasz skromny występ bardzo się podobał, jako starannie dobrany, nie za długi /bo nie ma nic gorszego jak zbyt długi występ!/, dający pewne wytchnienie po nader ambitnych występach pozostałych, niezwykle znamienitych, chórów. Było też chwalone brzmienie, A JAKŻE!

Aż szkoda, ze zabrakło bisów, na które wyraźnie czekała rozochocona publiczność.

Za to nie zabrakło mów oficjalnych i nieoficjalnych, tak na koncercie, jak i w części biesiadnej uroczystości, przyjętych z należytym entuzjazmem.

Potem przyszedł czas na niecierpliwie oczekiwaną część rozrywkową naszego skromnego jubileuszu, podpartą smakowitą przekąską, na czele której wybijał się znakomity barszczyk z pasztecikami, jak też i domowe ciasta, przygotowane przez nasze panie, w skromności swej ukrywające się w cieniu ze swoimi kulinarnymi talentami.

Nasze zdrowe apetyty, nie słabnące zgoła z biegiem lat, wkrótce uporały się z zastawionymi stołami, a w pracowitej konsumpcji wcale nie przeszkadzały pogaduszki z byłymi i obecnymi dyrygentami i chórzystami, przeciwnie!

Tworzyły się spontaniczne grupki i podgrupki, gwarno było i wesoło; tu brylował nasz niezapomniany Mirek otoczony wianuszkiem chórzystek, gdzie indziej panowie odgrzewali nieco zapomniane przyjaźnie, popijając czym się da, a nie gardząc nawet soczkiem /ech, życie!/. Ówdzie przeglądano pracowicie przygotowaną przez Majkę /z przyległościami/ Kronikę Cnego Jubilata, gdzie indziej oglądano zdjęcia, wyłożone w gablotach przed Salą Koncertową, należycie posegregowane i podpisane. Nie zabrakło na nich scenek rodzajowych z naszych tradycyjnych działkowych wyjazdów, jakże by inaczej!

Aż żal było się rozchodzić, co jednakże czyniono z pewnym ociąganiem, pogadując z tym i owym, a dziękując wylewnie Zarządowi z Prezesem Zalą na czele. Jeszcze niektórzy, w tym Jagoda i Kazik, przycupnęli w ogrodzie, gdzie umawiali się na montowanego na gorąco bridża, inni gdzieś pomknęli na herbatkę, a nawet na nie-skromny obiadek w macedońskiej knajpce/jak szaleć, to szaleć!/, zaczęto dyskretnie sprzątać ze stołów...

I tak zakończył się nasz skromny, lecz niezapomniany pierwszy jubileusz - ale nie ostatni!, - o czym jest całkowicie przekonana Wasza Niewątpliwie Skromna i Punktualna

Grażyna

Kochani! Chciałabym podzielić się z Wami refleksjami na temat ostatniego spotkania w Siennicy, w niedzielę 5 czerwca. Wiele się złożyło na to, że w ciągu kilku godzin mieliśmy okazję przeżyć coś naprawdę wyjątkowego. Zawdzięczamy to w pierwszej kolejności Majce Laskowskiej, która z jednej strony uświetniła siennicką uroczystość pięknym patriotycznym koncertem, z drugiej zaś umożliwiła chórowi poznanie jednej z ciekawszych miejscowości Mazowsza. Szczególne podziękowania należą się Panu Dyrektorowi Stanisławowi Czajce, historykowi-pasjonatowi, przewodnikowi, kustoszowi, niezwykłej osobowości, dzięki której byliśmy traktowani z szacunkiem i ugoszczeni po królewsku. Można by długo wymieniać kolejne atrakcje tego gościnnego miejsca - przede wszystkim arcyciekawe muzeum, będące w głównej mierze zasługą p. Czajki, który zdołał dziesięciokrotnie pomnożyć liczbę gablot z eksponatami, zdobywając zresztą wiele z nich osobiście.

Atmosfera spotkania była naprawdę wspaniała - można było pośpiewać, pogawędzić z gospodarzami, no i udelektować się tym, co nam "od serca" (bo tylko od serca może być tak wspaniały, świeży chleb w niedzielne popołudnie!) przygotowali. Był spacer do źródełka i kosztowanie wybornej wody, i były opowiadania o ludziach, o miejscach, o historii, która tak upodobała sobie Siennicę, ciężko ją niejednokrotnie doświadczając.

Było naprawdę super i dziękujemy Wam wszystkim za to, że mogliśmy spędzić z Wami dzień pełen wspaniałych wrażeń. Zdjęcia postaram się jakoś udostępnić (może drogą mailową) dopiero za 2 tygodnie, bo teraz wyjeżdżamy na urlop.

Serdecznie Was pozdrawiamy!

Misia i Marek Kaniewscy

Siennica? Nazwa niewiele mówiąca. Pewnikiem jakaś wiocha z gierkowskim Domem Kultury, a w nim estradka na zespół gitarowy, albo zgoła "muszla" gdzieś na zapleczu. Nie szkodzi; nasz Chór - bywało - koncertował w warunkach ekstremalnych i jakich jeszcze! Program koncertu w kościele? Może być. Śpiewaliśmy w Pokrzydowie, prezentowaliśmy gdzieś na odpuście Strawińskiego i Brucknera, zaśpiewamy w Siennicy. Nie ukrywam: o wyjeździe myślałem sceptycznie. Nawet bardzo. Co nas tam poza śpiewaniem czekało?...

Jakie względy przemawiały za wyjazdem? Otóż ponowne bycie z tą przemiłą gromadą, w której moje przygody sięgają lat...? Nie ważne! Dość wspomnieć, że był to wiek XX i już jest ów pożądany wydźwięk. A względy każdy zrozumie.

O najbłahszym koncercie mam zwyczaj myśleć serio, dlatego irytowały mnie mankamenty repertuaru, słyszane na próbie generalnej. Zawsze myślałem, że Bach i Mozart wymagają względów szczególnych. A wreszcie... Nie moja sprawa, nie ja będę świecił oczami.

Był "gimbus", w którym siąść luzem nie sposób i nie dziwota. Nic nie poradzimy, że do podstawówek zbiorczych, ruszyliśmy wcześniej niż ruszyły "gimbusy". Chór był uprzejmy przybyć licznie i całkiem punktualnie. A więc - odjazd.

Cyrkulacja po mieście i za Grochowem już ludzka jazda. Najdalej sięgałem nią do Starej Miłosny. Dalej - niewiedza. "Gimbus" poczyna sobie zgoła raźnie, na miejsce mamy przybyć na godzinę jakąś tam. Ale popatrzmy, co za oknami... Więc reklamy. Mnóstwo reklam, jakieś Brzeziny i zgoła nieoczekiwany postój. Towarzystwo pragnie napojów, ma na picie kwadrans i jazda dalej. Dębe Wielkie, Stojadła, materializuje się Mińsk Mazowiecki. Hm... Gdzież ta Siennica?... Wrzask w towarzystwie: będzie kościół, w którym ktoś kogoś chrzcił! Rozglądamy się. Tymczasem Mińsk Mazowiecki zostaje za plecami.

Mijamy Pogorzel. Całkiem tu ładnie, na polach spore żytko, zielono, przyjemnie... Wyjazd zakrawa na "wagary z miasta". Dawno nam się coś takiego należało. Patrzcie, patrzcie! Na tablicy, jak ten byk: SIENNICA! Hm... Czyżby koniec jazdy? Rzeczywiście. "Gimbus" staje przed wspaniałym budynkiem i wysiadka. Na tablicy czytamy: ZESPÓŁ SZKÓŁ im. H. i K. GNOIŃSKICH. Je-steśmy proszeni do wnętrza, znajduje się sala na "garderobę dla artystów". Już się rozgościliśmy.

Jestem pod wrażeniem. Wnętrze zakrawa na pałac. Grube mury, wielkie okna, parkiety na korytarzu, czysto na wy-soki połysk. Iście magnacka siedziba, gdzież do niej gierkowskim Domom Kultury. Nasza garderoba, to zwykła klasa lekcyjna; fizyka, chemia, matematyka... Jakże odmienna od klas we współczesnych "1000 Latkach". No, no... Słuchamy "dyrektyw". Przebrać się na "koncertowo", marsz na traktament w sąsiedniej klasie, powrót na rozśpiewanie. Załapałem się na wybitną kawę. "Szwagier" nerwowo pożerał torty, ale taki on już jest, a mimo to nie może utyć.

Rozśpiewanie i koniec rozśpiewania. Wrażenie głupie, bo wcale nie jestem rozśpiewany, lecz wysłuchałem mnó-stwa uwag, pochwał i wskazówek, wielokrotnie zmieniałem tempo, a w końcu przestałem myśleć. Na tym etapie - wszak-że i mojego Chóru - rozśpiewania w edycji aktualnego maestro zawsze powodują u mnie zdumienie, a ich skutku nie czuję u siebie, i nie słyszę w Chórze. Ile to trwało?... Nie ważne.

Przemieszczamy się do kościoła, wspinamy po schodach i zajmujemy miejsce na chórze. Pojmuję, że będziemy śpiewać na mszy, więc konieczne będzie stosowne ustawienie. Na szczęście nie brakuje ławek, używamy ich na podwyż-szenie.

Zaczynamy prezentacją Gaude Mater Polonia w tempie mającym niewiele, albo zgoła nic z hymnu uroczystego. Później Psalmy i na koniec pompatyczne Boże coś Polskę z towarzyszeniem organów. Trochę to przypomina dynamiczne zapasy między chórem a organami. Organistka-zakonnica nie zważa, że nie śpiewa kościół pełen wiernych i "kryje" nas bez litości. Szczęśliwie, że śpiewamy unisono.

Po mszy przemieszczamy się na prezbiterium, stąd zaśpiewamy nasz galowy, dzisiejszy program. Kompletne audy-torium zdecydowanie poprawi akustykę wnętrza. Śpiewa się stąd łatwiej niż na chórze, a poza tym Chór będzie słyszalnie rozśpiewany. Obszerne prezbiterium, nie jest jednak przyjazne; stoimy prawie na równym poziomie ze śpiewaczkami. Przydałby się bodaj jeden stopień dla głosów męskich, ale - na fotele w stallach - wspinać się nie wypada. Może budzić niepokój akompaniament organowy z chóru; w praktyce, odległość powoduje opóźnienia. Wierzę, że akompaniatorka wytrwa w "ustalonym" tempie, zaś maestro i Chór, będą "wozić się" na przyczepkę; sprawa normalna, w praktyce nader częsta, osobliwie, gdy organista nie ma lustra.

No, już jesteśmy ogromnie gotowi do akcji, gdy głos zabiera nasza Maryjka LASKOWSKA. Nadstawiam pilnie ucha i ze zdumieniem dowiaduję się, że nasz Chór uczestniczy w obchodach Stulecia strajku szkolnego uczniów i mieszkań-ców Siennicy, żądających od Moskali nauczania w języku polskim(!) Maryjka dziękuje za zaproszenie Chóru na koncert i wymienia organizatorów. Następnie przedstawia program i dodaje słówko o wykonawcach.

Słowo wstępne Maryjki ogromnie podnosi mnie na duchu, znów czuję się członkiem śpiewającej społeczności UW. Nic nie szkodzi, że audytorium mogą zdumiewać siwi "studenci", że dziś nazywamy się Towarzystwem Przyjaciół, choć jest to najtrafniejsza nazwa dla tej właśnie grupy przysięgłych przyjaciół, skonsolidowanych w działaniach... muzyką! I to się liczy. Zatem czujemy się ponownie artystami i reprezentacją.

Program kończymy Gaudeamus Igitur. Nasi słuchacze reagują żywiołowo i spontanicznie; odruch publiczności, któ-rą śpiewanie ujęło. Maestro przyjmuje od skonfundowanego malucha okazałą wiązankę, przekazuje ją Maryjce.

Jak było już wielokrotnie, czuję wyraźny niedosyt śpiewania. Gdzież te czasy, gdy Chór miał wielki repertuar?... Gdzie nasz Bruckner, Wacław z Szamotuł, Palestrina, Krenz, Mikołaj z Chrzanowa, Purcell?... No, gdzie?... A przecież to zespół, śpiewający utwory tych kompozytorów niemal na pamięć. Czy tak trudno wznowić niegdysiejsze pieśni?... Hm... Lepiej jednak nie tracić humoru na podobne rozważania, osobliwie, że mamy trochę zamieszania z zejściem. Nie tak się należało; brakło prezentacji zespołu, brakło dziękczynienia naszej akompaniatorce, a sceneria kościoła była po temu bardzo przyjazna(!) Niestety - czasy Perza to odległa przeszłość. Co dalej?...

Podziwiamy fronton kościoła i wracamy do wnętrza by wysłuchać informacji o jego historii, następnie oglądamy ma-leńką nekropolię tuż obok. Nie ukrywam, chciałbym w przyszłości legnąć na takim kameralnym cmentarzyku... Piękne nagrobki... Toż to niemal zabytki! Co dalej? Pan Przewodnik wiedzie nas do muzeum i moje zainteresowanie gwałtownie rośnie. Muzeum w Siennicy?

Tak jest! Grzechem byłoby nie zwiedzić, nie podziwiać, nie usłyszeć wszystkiego, co nam o Siennicy i jej społe-czeństwie powiedział. Muzeum, acz na małej powierzchni, gromadzi unikalne zbiory przedmiotów zabytkowych o znaczą-cej wartości historycznej. Osobliwie, że to wszystko autentyki. Zaczynam myśleć o Siennicy, o jej społeczeństwie z sza-cunkiem i uznaniem. Jest tu czytelny fragment Polski, jest ilustracja życia mieszkańców regionu, ich poglądów, zachowań i dążeń. Ileż wzruszenia wywołuje mapa Polski w granicach sprzed roku 1939... Te wszystkie zgromadzone tu sprzęty, militaria, fotografie, dokumenty, pamiętniki... Każdy nawet drobiazg, świadczy o przywiązaniu tutejszych ludzi do otocze-nia, środowiska, przeszłości i - ich własnej Ojczyzny. Muzeum?..... Muzeum w Siennicy?...To słabo powiedziane... W mojej najbardziej prywatnej opinii, to nie muzeum, lecz Sanktuarium Patriotyzmu Sienniczan. Co dalej?.

Przemieszczamy się przepięknym otoczeniem Zespołu Szkół do narożnika parku, gdzie znajdujemy jadalnię na wolnym powietrzu. Dokładnie tak. Znaczy, organizatorzy mają na uwadze, że po wzruszeniach koncertowych, po zadumie i skupieniu w Muzeum, chętnie użyjemy także czegoś "znaczącego dla ciała". Zanosi się na wystawną ucztę, lecz nie podobna sięgać po repety; wystarcza działka wspaniałego bigosu z porcją kiełbasy i mam gruntownie dość. Trunków (wino rocznik 2000 r.) także akurat. Wypatrujemy autentyczną "Pliskę", ktoś nas częstuje łykiem krzepkiej gorzałki. No, bardzo miło, za mało, aby się urżnąć, ale akurat, by wspominać uroczą Siennicę i jej Gospodarzy. I to dobre, że nie przybyliśmy tutaj (na szczęście) pod auspicjami ZSP. Szwagier mamrocze, że należy teraz śpiewać repertuar "okolicznościowy", co podejmujemy bez dodatkowych zachęt. Więc dudni Jaś Kłoskowski i Karol przeklina, że nie wziął gitary. Nastrój na pograniczu błogostanu. Ot, co znaczy Siennicki bigos. Przemili duchowni obdarzają nas obrazkami MB Siennickiej. Wzruszające!

Ale nie koniec imprezy: przygotowano tuż obok wybitny stos, już... już go ktoś podpala, czas jest na tradycyjne ognisko. Wiadomo - obsiądziemy kręgiem, będziemy wspominać dawne dzieje i powtórzymy kompletny "okolicznościowy". Ano właśnie! Już Iga wyrzuca Szwagrowi, że ją porzucił w Marina di Massa. Towarzystwo z aprobatą rechocze.

Co takiego...? Odjazd?.....

Niestety! Sprzątać, odnosić krzesła... spływamy. Nawet nikt nie zauważył, że maestro już wcześniej "oddał cumę". Czyżby zostawił dyrektywy? Co na to nasza Zala?

Oczywiście. Wziąłem krzesło i ruszyłem do wyjścia. Nie pora na wiecowanie, ale pierwszy nastrój prysł. Szkoda. Byłbym rad zostać godzinkę dłużej, i nie tylko ja(!) Sienniccy oficjele żegnają nas przed Szkołą, dziękują, zapraszają w przyszłości.

"Gimbus", Mińsk Mazowiecki, Stara Miłosna, Grochów...? Co?...Trochę odmienna trasa? Kierowca jest pomysło-wy. Brawo! Śpiewamy mu na pożegnanie Wiwat.

Zgarniają mnie samochodem Olesiowie. Wyprawa do Siennicy trwała 12 godzin. Wrażenia podsumujemy na środowej, ostatniej w tym sezonie próbie.

Za nieudolne sformułowania przeprasza Wasz Kazimierz B.

To był nasz drugi wyjazd towarzysko-chórowy; i tutaj nie obyło się bez cichych /a nawet głośnych!/ wielbicieli naszego przesławnego towarzystwa śpiewaczego, w tym naszej niezrównanej Heli, Stasia i najmłodszego stażem beniaminka, Michała.

Tym razem organizatorką i pomysłodawczynią całego przedsięwzięcia była Majka, która z właściwą sobie starannością i solidnością przygotowała program naszego pobytu w Siennicy. Planowany występ naszego chóru zbiegł się z obchodami setnej rocznicy strajku szkolnego uczniów i polskich nauczycieli Seminarium Nauczycielskiego w Siennicy, zorganizowa-nego pod hasłem nauczania w języku polskim.

Zebraliśmy się, jak zawsze NIEZWYKLE punktualnie, na placu Bankowym, by w jeden gromko śpiewający autokar i kilka samochodów wyruszyć na gościnne występy. Aliści, nie przejechawszy jeszcze połowy niedalekiej zresztą trasy chór poczuł tak dotkliwe pragnienie, że musieliśmy się zatrzymać w przydrożnej knajpce by pokrzepić nadwątlone wczesnym zerwaniem się z łóżek siły /zbiórka była o 9.45!!/ kawą, herbatą lub soczkiem, bo niczego innego przed czekającym nas koncertem w kościele nie wypadało pić!

Nieco tam zabawiwszy wyruszyliśmy w dalszą drogę i wkrótce byliśmy na miejscu.

Oczom naszym ukazał się widok bardzo ładnego, otoczonego pięknym ogrodem - a właściwie parkiem - budynku dawne-go Seminarium Nauczycielskiego, wybudowanego w latach międzywojennych, a obecnie mieszczącego liceum ogólno-kształcące i gimnazjum.

W przygotowanej dla nas sali przywitano nas kawą i herbatą ze słodkimi załącznikami; utrudzeni drogą chórzyści przystą-pili niezwłocznie do konsumpcji, którą musieli jednak przerwać, by, popędzani przez Poważniejszych Kolegów, sprawnie przebrać się w koncertowe stroje i przejść do sąsiedniej sali na rozśpiewanie. Jeszcze niektóre chórowe pięknisie doma-lowywały oko, jeszcze panowie poprawiali muszki, ale czas nieubłaganie płynął i już wkrótce znaleźliśmy się w kościele, gdzie przyśpiewywaliśmy z góry modlącym się sienniczanom.

W urokliwym osiemnastowiecznym kościele pod wezwaniem świętego Stanisława BM głos niósł się donośnie i pięknie brzmiały psalmy Gomółki "Nieście chwałę" i "Czekałem z cierpliwością". Co poniektórzy sienniczanie spoglądali w górę by zobaczyć kto im tak ładnie przyśpiewuje, a i celebrujący mszę ksiądz wydawał się bardzo zadowolony z przybycia tak sławnego Towarzystwa.

Ukoronowaniem naszych śpiewów podczas Mszy Św. była wspólnie z wiernymi odśpiewana pieśń patriotyczna " Boże coś Polskę"; podczas wykonywania tego utworu czuliśmy się jedną patriotyczną rodziną, o której tożsamość narodową wal-czyły również pokolenia sienniczan.

Po mszy zaśpiewaliśmy jeszcze kilka utworów już "nieobowiązkowo"; wierni karnie i cierpliwie czekali aż ustawimy się przed ołtarzem, gdzie dokończyliśmy swój okolicznościowy koncert odśpiewując z uczuciem tak psalmy naszego skrom-nego, ale znamienitego Mikołaja Gomółki, jak i "Ave Verum" Mozarta i wreszcie chorał mistrza Jana Sebastiana, nie wzgardziwszy też hymnem studenckim "Gaudeamus Igitur", w którym jedną zwrotkę zaśpiewaliśmy po polsku. /Niżej podpisana niezbyt tu wprawdzie się zgadza z wymową polskiego fragmentu tekstu, boć Towarzystwo, choć - lekko! - nadszarpnięte zębem czasu, wszelako wesołe i krotochwilne niczym młodzieniaszki; gdzie mu tam do ponurości!/

W kościele była bardzo dobra akustyka, więc śpiewało się znakomicie, a grupka naszych krewnych-i-znajomych Królika ze Szwagrem na czele ze słuszną dumą dawała hasło do oklasków, którym z zapałem wtórowała zebrana w kościele publiczność.

Tak oto zakończył się nasz występ. Nastąpiły liczne podziękowania chórowi za przybycie, Majce za organizację naszego śpiewania w tym uroczym i niezwykle gościnnym miejscu; na bis odśpiewaliśmy kanon "Gaudeamus Hodie" i przyjemnie utrudzeni zakończyliśmy nasz występ.

Po występie razem z dyrektorem Zespołu Szkół /i kustoszem miejscowego muzeum/ p. Stanisławem Czajką zwiedziliśmy kościół i przyległy zabytkowy cmentarz, a następnie Izbę Pamiątek Siennickich Szkół Pedagogicznych urządzoną w sa-lach dawnego Seminarium Nauczycielskiego, prezentującą eksponaty i dokumenty z czasów zaboru rosyjskiego oraz okresu międzywojennego, okupacyjnego i wreszcie powojennego.

Oglądając zgromadzone w muzeum eksponaty i słuchając relacji naszego przewodnika czuliśmy wyraźnie, że historia tego skrawka polskiej ziemi, któremu na imię Siennica, obrazuje walkę całego narodu o zachowanie polskości na prze-strzeni dziejów. Chyliliśmy czoła przed sienniczanami, którzy w okresach tak trudnych dla Polski potrafili przezwyciężyć strach i zniechęcenie i wnieśli swój morderczy wkład w odzyskanie niepodległości. To dzięki również tym skromnym i odważnym ludziom dzisiaj możemy uczestniczyć we Mszy Św. bez obaw represji, śpiewając Bogu dziękczynną pieśń.

Z zadumą oglądaliśmy pieczołowicie zbierane i chronione pamiątki, dokumenty, wykopaliska.

Jest jednak rzeczą naturalną, że Historia przeplata się z codziennością, zatem niektórzy już tęsknie obracali głowę w stronę ciągnącego od parku niezwykle przyjemnego zapachu miejscowego jadła, którego smakowitość nasze wrażliwe artystyczne nosy przeczuwały..

Atoli głód wiedzy przeważył i dalej z zainteresowaniem słuchaliśmy naszego znamienitego przewodnika, który, mówiąc ciekawie i z zaangażowaniem dodającym rangi słowom, oprowadzał nas po wystawowych salach.

/Co poniektóre łakomczuchy wprawdzie na koniec wyrywali niecierpliwie do przodu, jak koń dorożkarski ciągnąc w stronę smakowitych zapachów, ale spuśćmy na to zasłonę tajemnicy/

Po opuszczeniu miejscowego muzeum udaliśmy się bezładną grupką w stronę widniejącej w oddali wiaty, gdzie już czekały na nas nakryte stoły i słuszne kociołki pełne bigosu i kiełbasek, a także butelki przedniego trunku.

Ach, z jakimż zapałem wiara zabrała się do konsumpcji! Bo też i jedzenie było znakomite: bigos delikatny, mięsny, ale przyprawiony doskonale, do tego pyszna rozpływająca się w ustach biała kiełbaska, a wszystko przegryzane prawdziwym siennickim chlebem i przepijane już nie miejscowym, ale niemniej doskonale komponującym się winem. Nie dziwota, iż co i raz niektóry zrywał się od stołu, by dobrać potrawy, której dla nikogo nie zabrakło w przepastnych kotłach!

A wszystko to się działo nie milczkiem, o nie! Jak na potomków prawdziwych sarmatów przystało, w krótkich przerwach między przegryzaniem i przepijaniem odśpiewywaliśmy nasz biesiadny repertuar, w którym pieśni poważniejsze, w miarę jak wina ubywało, coraz częściej były przeplatane bardziej swawolnymi. Wszystko to wśród śmiechów i żarcików, a pozo-waniu do fotografii, do których chętnie przyłączyła się nasza dostojna a zarazem przemiła siennicka elita, wśród której nie zabrakło i towarzyszącego nam wiernie dyrektora Szkoły p. Stanisława Czajki, a także Panów Prezesów Stowarzyszenia Absolwentów Siennickich Szkół, którzy aktywnie pomagali w organizacji koncertu i biesiady.

Słoneczko, wbrew ponurym prognozom, wesoło przyświecało, więc liczni chórzyści, nasyciwszy pierwszy głód /i kolejne!/, wylegli na trawkę, nie zapominając języka w gębie, dogadując i przyśpiewując z niegasnącym zapałem. Niektórzy leniwie snuli się po urokliwym parku, przystając gdzieniegdzie dla podziwiania widoków, przypatrywania się z romantycznego mostka swojemu odbiciu w wodzie, pogadywania w podgrupach o tym i owym, stowarzyszając się miedzy sobą, bo nie ma nic przyjemniejszego niż dobrane towarzystwo na łonie przyrody!

Nie dziwota więc, że gdy dano hasło do odwrotu, wielu mamrotało z niezadowoleniem pod nosem, boć to gospodarze rozpalili jeszcze wielkie i kunsztownie ułożone ognisko, a jak poczta pantoflowa donosiła, w pogotowiu czekały jeszcze ogniskowe kiełbaski i zacne piwko do popicia.

Ale cóż! Społeczność chórowa została zebrana do kupy i ociągając się ruszyła do autokaru. Jeszcze nastąpiły pożegnalne podziękowania i "Wiwaty", podrzucanie do góry spłonionej i lekko opierającej się Majki, obietnice rychłego spotkania się w Siennicy, która zapisała się w naszych chórowych sercach /a u niektórych i w notesikach!/ na stałe jako miejsce urokliwe, gościnne i z klimatem.

Śpiewając i dokazując dojechaliśmy do Warszawy, gdzie niektórzy ruszyli do domu, inni gromadnie na rozmaite koncerty, a inni jeszcze Bóg wie gdzie!

Tak uprzejmie donosi wasza -

Grażyna

/pierwszym recenzentem był tu Władzio Mackiewicz, zwany pieszczotliwie "Władzieńkiem" i to spod jego pióra wyszły patriotyczne fragmenty powyższej relacji/