Siennica? Nazwa niewiele mówiąca. Pewnikiem jakaś wiocha z gierkowskim Domem Kultury, a w nim estradka na zespół gitarowy, albo zgoła "muszla" gdzieś na zapleczu. Nie szkodzi; nasz Chór - bywało - koncertował w warunkach ekstremalnych i jakich jeszcze! Program koncertu w kościele? Może być. Śpiewaliśmy w Pokrzydowie, prezentowaliśmy gdzieś na odpuście Strawińskiego i Brucknera, zaśpiewamy w Siennicy. Nie ukrywam: o wyjeździe myślałem sceptycznie. Nawet bardzo. Co nas tam poza śpiewaniem czekało?...

Jakie względy przemawiały za wyjazdem? Otóż ponowne bycie z tą przemiłą gromadą, w której moje przygody sięgają lat...? Nie ważne! Dość wspomnieć, że był to wiek XX i już jest ów pożądany wydźwięk. A względy każdy zrozumie.

O najbłahszym koncercie mam zwyczaj myśleć serio, dlatego irytowały mnie mankamenty repertuaru, słyszane na próbie generalnej. Zawsze myślałem, że Bach i Mozart wymagają względów szczególnych. A wreszcie... Nie moja sprawa, nie ja będę świecił oczami.

Był "gimbus", w którym siąść luzem nie sposób i nie dziwota. Nic nie poradzimy, że do podstawówek zbiorczych, ruszyliśmy wcześniej niż ruszyły "gimbusy". Chór był uprzejmy przybyć licznie i całkiem punktualnie. A więc - odjazd.

Cyrkulacja po mieście i za Grochowem już ludzka jazda. Najdalej sięgałem nią do Starej Miłosny. Dalej - niewiedza. "Gimbus" poczyna sobie zgoła raźnie, na miejsce mamy przybyć na godzinę jakąś tam. Ale popatrzmy, co za oknami... Więc reklamy. Mnóstwo reklam, jakieś Brzeziny i zgoła nieoczekiwany postój. Towarzystwo pragnie napojów, ma na picie kwadrans i jazda dalej. Dębe Wielkie, Stojadła, materializuje się Mińsk Mazowiecki. Hm... Gdzież ta Siennica?... Wrzask w towarzystwie: będzie kościół, w którym ktoś kogoś chrzcił! Rozglądamy się. Tymczasem Mińsk Mazowiecki zostaje za plecami.

Mijamy Pogorzel. Całkiem tu ładnie, na polach spore żytko, zielono, przyjemnie... Wyjazd zakrawa na "wagary z miasta". Dawno nam się coś takiego należało. Patrzcie, patrzcie! Na tablicy, jak ten byk: SIENNICA! Hm... Czyżby koniec jazdy? Rzeczywiście. "Gimbus" staje przed wspaniałym budynkiem i wysiadka. Na tablicy czytamy: ZESPÓŁ SZKÓŁ im. H. i K. GNOIŃSKICH. Je-steśmy proszeni do wnętrza, znajduje się sala na "garderobę dla artystów". Już się rozgościliśmy.

Jestem pod wrażeniem. Wnętrze zakrawa na pałac. Grube mury, wielkie okna, parkiety na korytarzu, czysto na wy-soki połysk. Iście magnacka siedziba, gdzież do niej gierkowskim Domom Kultury. Nasza garderoba, to zwykła klasa lekcyjna; fizyka, chemia, matematyka... Jakże odmienna od klas we współczesnych "1000 Latkach". No, no... Słuchamy "dyrektyw". Przebrać się na "koncertowo", marsz na traktament w sąsiedniej klasie, powrót na rozśpiewanie. Załapałem się na wybitną kawę. "Szwagier" nerwowo pożerał torty, ale taki on już jest, a mimo to nie może utyć.

Rozśpiewanie i koniec rozśpiewania. Wrażenie głupie, bo wcale nie jestem rozśpiewany, lecz wysłuchałem mnó-stwa uwag, pochwał i wskazówek, wielokrotnie zmieniałem tempo, a w końcu przestałem myśleć. Na tym etapie - wszak-że i mojego Chóru - rozśpiewania w edycji aktualnego maestro zawsze powodują u mnie zdumienie, a ich skutku nie czuję u siebie, i nie słyszę w Chórze. Ile to trwało?... Nie ważne.

Przemieszczamy się do kościoła, wspinamy po schodach i zajmujemy miejsce na chórze. Pojmuję, że będziemy śpiewać na mszy, więc konieczne będzie stosowne ustawienie. Na szczęście nie brakuje ławek, używamy ich na podwyż-szenie.

Zaczynamy prezentacją Gaude Mater Polonia w tempie mającym niewiele, albo zgoła nic z hymnu uroczystego. Później Psalmy i na koniec pompatyczne Boże coś Polskę z towarzyszeniem organów. Trochę to przypomina dynamiczne zapasy między chórem a organami. Organistka-zakonnica nie zważa, że nie śpiewa kościół pełen wiernych i "kryje" nas bez litości. Szczęśliwie, że śpiewamy unisono.

Po mszy przemieszczamy się na prezbiterium, stąd zaśpiewamy nasz galowy, dzisiejszy program. Kompletne audy-torium zdecydowanie poprawi akustykę wnętrza. Śpiewa się stąd łatwiej niż na chórze, a poza tym Chór będzie słyszalnie rozśpiewany. Obszerne prezbiterium, nie jest jednak przyjazne; stoimy prawie na równym poziomie ze śpiewaczkami. Przydałby się bodaj jeden stopień dla głosów męskich, ale - na fotele w stallach - wspinać się nie wypada. Może budzić niepokój akompaniament organowy z chóru; w praktyce, odległość powoduje opóźnienia. Wierzę, że akompaniatorka wytrwa w "ustalonym" tempie, zaś maestro i Chór, będą "wozić się" na przyczepkę; sprawa normalna, w praktyce nader częsta, osobliwie, gdy organista nie ma lustra.

No, już jesteśmy ogromnie gotowi do akcji, gdy głos zabiera nasza Maryjka LASKOWSKA. Nadstawiam pilnie ucha i ze zdumieniem dowiaduję się, że nasz Chór uczestniczy w obchodach Stulecia strajku szkolnego uczniów i mieszkań-ców Siennicy, żądających od Moskali nauczania w języku polskim(!) Maryjka dziękuje za zaproszenie Chóru na koncert i wymienia organizatorów. Następnie przedstawia program i dodaje słówko o wykonawcach.

Słowo wstępne Maryjki ogromnie podnosi mnie na duchu, znów czuję się członkiem śpiewającej społeczności UW. Nic nie szkodzi, że audytorium mogą zdumiewać siwi "studenci", że dziś nazywamy się Towarzystwem Przyjaciół, choć jest to najtrafniejsza nazwa dla tej właśnie grupy przysięgłych przyjaciół, skonsolidowanych w działaniach... muzyką! I to się liczy. Zatem czujemy się ponownie artystami i reprezentacją.

Program kończymy Gaudeamus Igitur. Nasi słuchacze reagują żywiołowo i spontanicznie; odruch publiczności, któ-rą śpiewanie ujęło. Maestro przyjmuje od skonfundowanego malucha okazałą wiązankę, przekazuje ją Maryjce.

Jak było już wielokrotnie, czuję wyraźny niedosyt śpiewania. Gdzież te czasy, gdy Chór miał wielki repertuar?... Gdzie nasz Bruckner, Wacław z Szamotuł, Palestrina, Krenz, Mikołaj z Chrzanowa, Purcell?... No, gdzie?... A przecież to zespół, śpiewający utwory tych kompozytorów niemal na pamięć. Czy tak trudno wznowić niegdysiejsze pieśni?... Hm... Lepiej jednak nie tracić humoru na podobne rozważania, osobliwie, że mamy trochę zamieszania z zejściem. Nie tak się należało; brakło prezentacji zespołu, brakło dziękczynienia naszej akompaniatorce, a sceneria kościoła była po temu bardzo przyjazna(!) Niestety - czasy Perza to odległa przeszłość. Co dalej?...

Podziwiamy fronton kościoła i wracamy do wnętrza by wysłuchać informacji o jego historii, następnie oglądamy ma-leńką nekropolię tuż obok. Nie ukrywam, chciałbym w przyszłości legnąć na takim kameralnym cmentarzyku... Piękne nagrobki... Toż to niemal zabytki! Co dalej? Pan Przewodnik wiedzie nas do muzeum i moje zainteresowanie gwałtownie rośnie. Muzeum w Siennicy?

Tak jest! Grzechem byłoby nie zwiedzić, nie podziwiać, nie usłyszeć wszystkiego, co nam o Siennicy i jej społe-czeństwie powiedział. Muzeum, acz na małej powierzchni, gromadzi unikalne zbiory przedmiotów zabytkowych o znaczą-cej wartości historycznej. Osobliwie, że to wszystko autentyki. Zaczynam myśleć o Siennicy, o jej społeczeństwie z sza-cunkiem i uznaniem. Jest tu czytelny fragment Polski, jest ilustracja życia mieszkańców regionu, ich poglądów, zachowań i dążeń. Ileż wzruszenia wywołuje mapa Polski w granicach sprzed roku 1939... Te wszystkie zgromadzone tu sprzęty, militaria, fotografie, dokumenty, pamiętniki... Każdy nawet drobiazg, świadczy o przywiązaniu tutejszych ludzi do otocze-nia, środowiska, przeszłości i - ich własnej Ojczyzny. Muzeum?..... Muzeum w Siennicy?...To słabo powiedziane... W mojej najbardziej prywatnej opinii, to nie muzeum, lecz Sanktuarium Patriotyzmu Sienniczan. Co dalej?.

Przemieszczamy się przepięknym otoczeniem Zespołu Szkół do narożnika parku, gdzie znajdujemy jadalnię na wolnym powietrzu. Dokładnie tak. Znaczy, organizatorzy mają na uwadze, że po wzruszeniach koncertowych, po zadumie i skupieniu w Muzeum, chętnie użyjemy także czegoś "znaczącego dla ciała". Zanosi się na wystawną ucztę, lecz nie podobna sięgać po repety; wystarcza działka wspaniałego bigosu z porcją kiełbasy i mam gruntownie dość. Trunków (wino rocznik 2000 r.) także akurat. Wypatrujemy autentyczną "Pliskę", ktoś nas częstuje łykiem krzepkiej gorzałki. No, bardzo miło, za mało, aby się urżnąć, ale akurat, by wspominać uroczą Siennicę i jej Gospodarzy. I to dobre, że nie przybyliśmy tutaj (na szczęście) pod auspicjami ZSP. Szwagier mamrocze, że należy teraz śpiewać repertuar "okolicznościowy", co podejmujemy bez dodatkowych zachęt. Więc dudni Jaś Kłoskowski i Karol przeklina, że nie wziął gitary. Nastrój na pograniczu błogostanu. Ot, co znaczy Siennicki bigos. Przemili duchowni obdarzają nas obrazkami MB Siennickiej. Wzruszające!

Ale nie koniec imprezy: przygotowano tuż obok wybitny stos, już... już go ktoś podpala, czas jest na tradycyjne ognisko. Wiadomo - obsiądziemy kręgiem, będziemy wspominać dawne dzieje i powtórzymy kompletny "okolicznościowy". Ano właśnie! Już Iga wyrzuca Szwagrowi, że ją porzucił w Marina di Massa. Towarzystwo z aprobatą rechocze.

Co takiego...? Odjazd?.....

Niestety! Sprzątać, odnosić krzesła... spływamy. Nawet nikt nie zauważył, że maestro już wcześniej "oddał cumę". Czyżby zostawił dyrektywy? Co na to nasza Zala?

Oczywiście. Wziąłem krzesło i ruszyłem do wyjścia. Nie pora na wiecowanie, ale pierwszy nastrój prysł. Szkoda. Byłbym rad zostać godzinkę dłużej, i nie tylko ja(!) Sienniccy oficjele żegnają nas przed Szkołą, dziękują, zapraszają w przyszłości.

"Gimbus", Mińsk Mazowiecki, Stara Miłosna, Grochów...? Co?...Trochę odmienna trasa? Kierowca jest pomysło-wy. Brawo! Śpiewamy mu na pożegnanie Wiwat.

Zgarniają mnie samochodem Olesiowie. Wyprawa do Siennicy trwała 12 godzin. Wrażenia podsumujemy na środowej, ostatniej w tym sezonie próbie.

Za nieudolne sformułowania przeprasza Wasz Kazimierz B.