Drukuj
Odsłony: 2784

Zadziwiające! Lat temu 22 (słownie) odszedłem z Chóru za kadencji niejakiego pana Bukata. Miałem trudności i z nim, i w pracy zawodowej w FN, gdzie w tym czasie źle widziano "dodatkowe zajęcie". Następnie Ola Zaborska skaperowała mnie do Towarzystwa Przyjaciół Chóru, w którym nie zagrzałem długo miejsca. Po prostu forma działalności wydawała mi się cokolwiek ograniczona. Owszem, pojmowałem ideę, cieszyły kontakty z przyjaciółmi, lecz brakowało muzyki w dawnym stylu. Mimo upływu czasu - z pamięci Chóru jednak nie "wyparowałem".

Wróciłem 28 sierpnia 2004 z dwumiesięcznej wakacyjnej żeglugi na Bachotku do domu, i tutaj znalazłem niespodziewane zaproszenie na... wyjazd Chóru UW (czytaj: TPC UW) do Bachotka (!) Sprawa ciekawska. Z informacji wynikało, że ruszy tam 65 osób, co było liczbą niemal równą niegdysiejszym wyjazdom na obozy. Postanowiliśmy z Marysią, że jedziemy.

Nie pomnę już komu na miejscu zbiórki padałem w powitalne objęcia; połowy przybyłych nie poznawałem, Chór z lat dawnych niezwykle wydoroślał. Płońsk, Sierpc, Rypin, Brodnica. Ano właśnie! W Brodnicy godzinny postój i zwiedzanie pod wodzą Ewy Kierszys. Musiałem zrezygnować ze spaceru, moje nogi już bardzo oporne. Ale jedziemy dalej: - Tama Brodzka, Jajkowo, Pokrzydowo i już... już... jest!

Organizacja na miejscu? Bez pudła. Marzena zrobiła doskonałą robotę, łącznie z wydrukiem drobiazgowych informacji o Bachotku w formie folderów. Zakwaterowanie i wyżywienie, godzinowy rozkład zajęć + atrakcje + czas wolny itd. Kogo na miejscu brakowało? Oczywiście Perza, jego wędek i czego tam jeszcze? Ależ tak! Szafy dla zwodowania Szwagra.

W sobotę po południu Marzena powiada do mnie: - rób regaty. Warto pamiętać, że była to koronna konkurencja w toku obozów, rozegrana także w obsadzie międzynarodowej, po której Chór pod "wyznawcą Dnia Siódmego" wypłynął w Siegen, lecz nie na kajakach.

No i w sobotę regaty były. A jakże, tradycyjnie w mieszanych obsadach i z uwagi na upierdliwy deszczyk przy starcie - po trasie skróconej. Szwagrowi doradzano, aby wiosłował tylko do czoła wyspy, tam nieco poczekał i nie opływając jej wyprzedził wszystkich; zawodnicy nie oglądali się. Ale on w zaparte i jechał po swojemu. Komisja ustaliła kolejność miejsc na finiszu, przygotowała dyplomy, puchary itd. Co ciekawe? Otóż para małżeńska, czyli Ewa i Andrzej Zielińscy wystartowała na wiosłowej krypie i także pokonała wyznaczoną trasę.(!) Regaty wygrali Jagoda Rzeszotarska ze Stefanem Chełstowskim.

Przy okazji wspominano ciekawy incydent z regat, gdy para Tomek i Kama "zgubiła" już nad plażą dno kajaka i finiszowała maszerując w kajaku po dnie (sic.) Do regat nie należały nocne "Rajdy świetlików", tankowane rejsy "karawe-lą", na której pagajowano sztachetami z parkanu POLMO i siłowe nocne zatargi na wodzie z rybakami PGR Jajkowo; posądzali chórzystów o kradzież sieci. Cholera! Pomysłowi.

Na obozach bywały ogniska. A jakże! Ale ze względu na późne pory i preparowanie grzańca, wędrowało się nad urocze jeziorko Skrzynka. (Szef kręcił nosem na stratę formy wokalnej uczestników.) Oczywiście za powrotem część chórowego narodu gubiła się w drodze. Kontroli w łóżkach - nie było. Podobnie i dzisiaj - ogniska braknąć nie mogło. Nie nad Skrzynką, lecz na miejscu. Godne ze wszech miar podkreślenia, że do Bachotka przybyli aktualnie solenizantki i solenizanci, traktujący Chór zdecydowanie po męsku. W wyniku tego repertuar przy ognisku sięgnął wstecz do "Piosenki o Nowej Hucie" i wcześniejszych. A na jakich się skończył? Nie pomnę, poczułem się zalany i spłynąłem. Podobno bardziej krewcy udali się jeszcze w rajd wokół Bachotka i w drodze wznosili manifestacyjne ryki. Czy Bachotek obeszli -nieważne Czy wędrował z nimi Szwagier - nie dowiedziałem się.

"Akwarium" w Bachotku żywiło nas niegdyś - rzekłbym - według możliwości lat owych. A jednak Chór jakieś względy miał zawsze. To też nie dziwota, że aktualnie nie było posiłków, lecz formalne obżarstwo. No cóż? Faszerowaliśmy się z obłędem w oczach; Chórowi apetyty nie zniżkowały. Nigdy i nigdzie. Nawet w ulicznej knajpie dla bezrobotnych w Rzymie. (O bogowie! Czym nas tam karmiono!...) Pamiętamy też antały czerwonego wina i suche buły na zakąskę w Sondrio i - jaja "jakieś tam" w Aix en Provance.

W niedzielę dla odmiany znakomita pogoda. Część towarzystwa odwiedziła kościół w Pokrzydowie, bez obowiązkowego śpiewania na mszy. Ja zdołałem namówić Jagodę na wycieczkę do antycznego kościoła w Żmijewie, trafiliśmy tam na odpust, procesję etc. Kto z nami nie ruszył - niech żałuje. Co za parada, co za stragany!... Oczekiwaliśmy członków ZSL w strojach regionalnych, ale nic z tego. Była wystawa, lecz mody z żurnali.

Także w niedzielę nadbieżała nam godzina z rozkładu i Marzena powiada: - rób próbę. Kamerton zabrałem, miałem o nim pamiętać pod "gardłem". Nie ukrywam: próba dla mnie wzruszająca; ileż wspomnień... Ileż wspólnych koncertów poczynając od sali Romy?... Który to był rok? Nie istotne dzisiaj.

Próba nie w .Akwarium" lecz przy palenisku, jeszcze dymiącym od wczoraj. Czyli pełna sceneria Bachotka... Co śpiewamy? Zwyczajnie, to co lubimy, to co w Chórze przyjmowano chętnie i z entuzjazmem. Zala była uprzejma pamiętać o nutach, za co jej w tym miejscu dziękuję. A więc kartki, dźwięki i... dalej wiadomo. Żarła mnie trema, usiłowałem się otrząsnąć. Ostatni raz robiłem próbę zbiorową w zastępstwie nieobecnego Banana w Radziejowicach...? Ile to już lat od tamtych wydarzeń? Ktoś zapewne pamięta. Na teraz ważne były dobre proporcje w głosach i widoczna chęć wszystkich, aby utwory brzmiały tak jak je z przeszłości pamiętają. Czy próba była udana - historia w przyszłości oceni.

Stosowną porą "pompa" rozdania dyplomów i nagród uczestnikom regat. No i nieodzowne zdjęcia pamiątkowe, a tych posiadacze aparatów nie szczędzili. Były też kąpiele z udziałem Szwagra i licznych krzepkich pływaczek i pływaków, ale czas nie czekał. Zebraliśmy się raz jeszcze przy palenisku wysłuchać "podsumowania" Marzeny i odryczeć wiwat na jej cześć i podziękowanie, i panu kierownikowi PTTK w Bachotku, czym go podobno niebywale wzruszyliśmy. Jazda powrotna do Warszawy, stajnia lam w Drobinie (nikogo z naszych nie opluły) i wysiadka ma Bankowym. Termin pierwszej próby w nowym sezonie: 6 października 2004, ponowienie Bachotka zaprzysiężone.

Jestem pod wrażeniem. Czego? Otóż ponownie Chóru (wszakże to Chór UW) w Bachotku); przemiłych przypomnień: Jo ty mnie przyjmowałeś do Chóru", "mam wszystkie portrety od ciebie", "what?", "a mnie pamiętasz - mieszkam teraz w Berlinie", "czy to prawda że będziesz na próbach?", i jeszcze, i jeszcze... Chór "odprawił" u Stefana w Popowie pożegnanie lata. Cholernie mi przykro, uczestniczyć - nie byłem w stanie. Wybaczcie!

Westchnął i zaszłości wspomniał Wasz K. B.