Drukuj
Odsłony: 2666

To był nasz drugi wyjazd towarzysko-chórowy; i tutaj nie obyło się bez cichych /a nawet głośnych!/ wielbicieli naszego przesławnego towarzystwa śpiewaczego, w tym naszej niezrównanej Heli, Stasia i najmłodszego stażem beniaminka, Michała.

Tym razem organizatorką i pomysłodawczynią całego przedsięwzięcia była Majka, która z właściwą sobie starannością i solidnością przygotowała program naszego pobytu w Siennicy. Planowany występ naszego chóru zbiegł się z obchodami setnej rocznicy strajku szkolnego uczniów i polskich nauczycieli Seminarium Nauczycielskiego w Siennicy, zorganizowa-nego pod hasłem nauczania w języku polskim.

Zebraliśmy się, jak zawsze NIEZWYKLE punktualnie, na placu Bankowym, by w jeden gromko śpiewający autokar i kilka samochodów wyruszyć na gościnne występy. Aliści, nie przejechawszy jeszcze połowy niedalekiej zresztą trasy chór poczuł tak dotkliwe pragnienie, że musieliśmy się zatrzymać w przydrożnej knajpce by pokrzepić nadwątlone wczesnym zerwaniem się z łóżek siły /zbiórka była o 9.45!!/ kawą, herbatą lub soczkiem, bo niczego innego przed czekającym nas koncertem w kościele nie wypadało pić!

Nieco tam zabawiwszy wyruszyliśmy w dalszą drogę i wkrótce byliśmy na miejscu.

Oczom naszym ukazał się widok bardzo ładnego, otoczonego pięknym ogrodem - a właściwie parkiem - budynku dawne-go Seminarium Nauczycielskiego, wybudowanego w latach międzywojennych, a obecnie mieszczącego liceum ogólno-kształcące i gimnazjum.

W przygotowanej dla nas sali przywitano nas kawą i herbatą ze słodkimi załącznikami; utrudzeni drogą chórzyści przystą-pili niezwłocznie do konsumpcji, którą musieli jednak przerwać, by, popędzani przez Poważniejszych Kolegów, sprawnie przebrać się w koncertowe stroje i przejść do sąsiedniej sali na rozśpiewanie. Jeszcze niektóre chórowe pięknisie doma-lowywały oko, jeszcze panowie poprawiali muszki, ale czas nieubłaganie płynął i już wkrótce znaleźliśmy się w kościele, gdzie przyśpiewywaliśmy z góry modlącym się sienniczanom.

W urokliwym osiemnastowiecznym kościele pod wezwaniem świętego Stanisława BM głos niósł się donośnie i pięknie brzmiały psalmy Gomółki "Nieście chwałę" i "Czekałem z cierpliwością". Co poniektórzy sienniczanie spoglądali w górę by zobaczyć kto im tak ładnie przyśpiewuje, a i celebrujący mszę ksiądz wydawał się bardzo zadowolony z przybycia tak sławnego Towarzystwa.

Ukoronowaniem naszych śpiewów podczas Mszy Św. była wspólnie z wiernymi odśpiewana pieśń patriotyczna " Boże coś Polskę"; podczas wykonywania tego utworu czuliśmy się jedną patriotyczną rodziną, o której tożsamość narodową wal-czyły również pokolenia sienniczan.

Po mszy zaśpiewaliśmy jeszcze kilka utworów już "nieobowiązkowo"; wierni karnie i cierpliwie czekali aż ustawimy się przed ołtarzem, gdzie dokończyliśmy swój okolicznościowy koncert odśpiewując z uczuciem tak psalmy naszego skrom-nego, ale znamienitego Mikołaja Gomółki, jak i "Ave Verum" Mozarta i wreszcie chorał mistrza Jana Sebastiana, nie wzgardziwszy też hymnem studenckim "Gaudeamus Igitur", w którym jedną zwrotkę zaśpiewaliśmy po polsku. /Niżej podpisana niezbyt tu wprawdzie się zgadza z wymową polskiego fragmentu tekstu, boć Towarzystwo, choć - lekko! - nadszarpnięte zębem czasu, wszelako wesołe i krotochwilne niczym młodzieniaszki; gdzie mu tam do ponurości!/

W kościele była bardzo dobra akustyka, więc śpiewało się znakomicie, a grupka naszych krewnych-i-znajomych Królika ze Szwagrem na czele ze słuszną dumą dawała hasło do oklasków, którym z zapałem wtórowała zebrana w kościele publiczność.

Tak oto zakończył się nasz występ. Nastąpiły liczne podziękowania chórowi za przybycie, Majce za organizację naszego śpiewania w tym uroczym i niezwykle gościnnym miejscu; na bis odśpiewaliśmy kanon "Gaudeamus Hodie" i przyjemnie utrudzeni zakończyliśmy nasz występ.

Po występie razem z dyrektorem Zespołu Szkół /i kustoszem miejscowego muzeum/ p. Stanisławem Czajką zwiedziliśmy kościół i przyległy zabytkowy cmentarz, a następnie Izbę Pamiątek Siennickich Szkół Pedagogicznych urządzoną w sa-lach dawnego Seminarium Nauczycielskiego, prezentującą eksponaty i dokumenty z czasów zaboru rosyjskiego oraz okresu międzywojennego, okupacyjnego i wreszcie powojennego.

Oglądając zgromadzone w muzeum eksponaty i słuchając relacji naszego przewodnika czuliśmy wyraźnie, że historia tego skrawka polskiej ziemi, któremu na imię Siennica, obrazuje walkę całego narodu o zachowanie polskości na prze-strzeni dziejów. Chyliliśmy czoła przed sienniczanami, którzy w okresach tak trudnych dla Polski potrafili przezwyciężyć strach i zniechęcenie i wnieśli swój morderczy wkład w odzyskanie niepodległości. To dzięki również tym skromnym i odważnym ludziom dzisiaj możemy uczestniczyć we Mszy Św. bez obaw represji, śpiewając Bogu dziękczynną pieśń.

Z zadumą oglądaliśmy pieczołowicie zbierane i chronione pamiątki, dokumenty, wykopaliska.

Jest jednak rzeczą naturalną, że Historia przeplata się z codziennością, zatem niektórzy już tęsknie obracali głowę w stronę ciągnącego od parku niezwykle przyjemnego zapachu miejscowego jadła, którego smakowitość nasze wrażliwe artystyczne nosy przeczuwały..

Atoli głód wiedzy przeważył i dalej z zainteresowaniem słuchaliśmy naszego znamienitego przewodnika, który, mówiąc ciekawie i z zaangażowaniem dodającym rangi słowom, oprowadzał nas po wystawowych salach.

/Co poniektóre łakomczuchy wprawdzie na koniec wyrywali niecierpliwie do przodu, jak koń dorożkarski ciągnąc w stronę smakowitych zapachów, ale spuśćmy na to zasłonę tajemnicy/

Po opuszczeniu miejscowego muzeum udaliśmy się bezładną grupką w stronę widniejącej w oddali wiaty, gdzie już czekały na nas nakryte stoły i słuszne kociołki pełne bigosu i kiełbasek, a także butelki przedniego trunku.

Ach, z jakimż zapałem wiara zabrała się do konsumpcji! Bo też i jedzenie było znakomite: bigos delikatny, mięsny, ale przyprawiony doskonale, do tego pyszna rozpływająca się w ustach biała kiełbaska, a wszystko przegryzane prawdziwym siennickim chlebem i przepijane już nie miejscowym, ale niemniej doskonale komponującym się winem. Nie dziwota, iż co i raz niektóry zrywał się od stołu, by dobrać potrawy, której dla nikogo nie zabrakło w przepastnych kotłach!

A wszystko to się działo nie milczkiem, o nie! Jak na potomków prawdziwych sarmatów przystało, w krótkich przerwach między przegryzaniem i przepijaniem odśpiewywaliśmy nasz biesiadny repertuar, w którym pieśni poważniejsze, w miarę jak wina ubywało, coraz częściej były przeplatane bardziej swawolnymi. Wszystko to wśród śmiechów i żarcików, a pozo-waniu do fotografii, do których chętnie przyłączyła się nasza dostojna a zarazem przemiła siennicka elita, wśród której nie zabrakło i towarzyszącego nam wiernie dyrektora Szkoły p. Stanisława Czajki, a także Panów Prezesów Stowarzyszenia Absolwentów Siennickich Szkół, którzy aktywnie pomagali w organizacji koncertu i biesiady.

Słoneczko, wbrew ponurym prognozom, wesoło przyświecało, więc liczni chórzyści, nasyciwszy pierwszy głód /i kolejne!/, wylegli na trawkę, nie zapominając języka w gębie, dogadując i przyśpiewując z niegasnącym zapałem. Niektórzy leniwie snuli się po urokliwym parku, przystając gdzieniegdzie dla podziwiania widoków, przypatrywania się z romantycznego mostka swojemu odbiciu w wodzie, pogadywania w podgrupach o tym i owym, stowarzyszając się miedzy sobą, bo nie ma nic przyjemniejszego niż dobrane towarzystwo na łonie przyrody!

Nie dziwota więc, że gdy dano hasło do odwrotu, wielu mamrotało z niezadowoleniem pod nosem, boć to gospodarze rozpalili jeszcze wielkie i kunsztownie ułożone ognisko, a jak poczta pantoflowa donosiła, w pogotowiu czekały jeszcze ogniskowe kiełbaski i zacne piwko do popicia.

Ale cóż! Społeczność chórowa została zebrana do kupy i ociągając się ruszyła do autokaru. Jeszcze nastąpiły pożegnalne podziękowania i "Wiwaty", podrzucanie do góry spłonionej i lekko opierającej się Majki, obietnice rychłego spotkania się w Siennicy, która zapisała się w naszych chórowych sercach /a u niektórych i w notesikach!/ na stałe jako miejsce urokliwe, gościnne i z klimatem.

Śpiewając i dokazując dojechaliśmy do Warszawy, gdzie niektórzy ruszyli do domu, inni gromadnie na rozmaite koncerty, a inni jeszcze Bóg wie gdzie!

Tak uprzejmie donosi wasza -

Grażyna

/pierwszym recenzentem był tu Władzio Mackiewicz, zwany pieszczotliwie "Władzieńkiem" i to spod jego pióra wyszły patriotyczne fragmenty powyższej relacji/