BACHOTEK W ODSŁONACH

Od przystanku skręt w prawo porządnie wyasfaltowaną szosą w dół, brama i wjazd prosto pod budynek Ośrodka.
Przed nami PTTK-owska stołówka. Stoliki i podłoga lśnią nowością. Zaraz za drzwiami mozaika z falami jeziora i rybkami, okienko do wydawania potraw, dalej drugie do odstawiania brudnych naczyń. Oszklona ściana, zawieszona kolonijnymi rysunkami. Przyjeżdżają tu przez całe lato, zawsze pełno wioślarzy, harcerzy, kolonistów. Towarzystwo trochę hałaśliwe, ale grzeczne, rano mówią „dzień dobry”.
Ze stołówki prosto do kiosku prowadzi ścieżka na skróty. Można wypić piwo, herbatę, do tego frytki i chipsy. Ława z zadaszeniem  mieści osiem osób, a jak się ścieśni to nawet dziesięć.  W dół do jeziora prowadzi szeroka ścieżka. Teraz uporządkowana, wygodne schody, poręcz, podjazd. Brakuje trochę powykręcanych korzeni, o które można było się potknąć wracając w nocy z ogniska.
Jezioro jest niezmienne. Małe fale uderzają o brzeg z monotonnym pluskiem, przy brzegu kajaki i  łodzie. Ciemna kreska lasu po drugiej stronie jeziora przechodzi w oddali w ledwo widoczny mostek na Dźwinie. To już Tama Brodzka, do której dojeżdżało się pociągiem z przesiadką w Brodnicy. Stąd trzeba było już piechotą przez las lub kajakiem. Z drugiej strony jezioro się zwęża, zarasta, przechodzi w obszar rezerwatu. Pod mostkiem Jadwigi można przepłynąć kajakiem, potem przez szuwary   Skarlanki i  jezioro Strażym  na Zbiczno.
Klimat pozostał ten sam, tylko sosny wyogromniały. Stoi stary hotelik przy brzegu, teraz wyremontowany, rozrzucone wokół domki campingowe, pole namiotowe wśród drzew. Wieczór zakłóca ostre światło jarzeniówek, wokół nich krąży cała owadzia ferajna.

Znów tu jesteśmy. Mała, 20-osobowa grupka. Nie szkodzi, że Brodnica wita nas w iście jesiennej aurze, piździ i pryszczy, trzeba salwować się solidnym posiłkiem. Przyjeżdżają wszyscy zdeklarowani – Ciało Zarządowe w zacnym komplecie /gdzieżeś, Tomeczku?/oraz 1/Panie: Basia Sz., je-Basia prosto z Wiednia, Ewa K., Iza M. i Grażyna N, Iga, świeżo wciągnięta na członka Eulalia i ja, czyli Grażyna P. 2/Panowie: Olek, Leszek z gitarą, Karol z drugą, Grzesio /bez gitary/, Andrzej Z. z synem Witkiem, Krzysio ze Szwecji oraz Stefan. W sobotę po południu dojeżdża jeszcze zacna Rodzinka Sawickich, też z gitarą, a nawet dwiema!
Nie tracąc czasu, po obfitej kolacji /dla nas to pestka!/ zasiedliśmy wokół wspólnego stołu aby jak należy uczcić corocznego bachotkowego solenizanta w osobie Stefana. Trunków nie brakowało, zatem i humoru też, do czego walnie przyczyniła się nasza wiedeńska Basia. Gdy tylko ten i ów popadał w chwilową zadumę lub kiwnął się niebezpiecznie na krzesełku, inicjowała chóralne odśpiewanie „Jestem muzykantem konszabelantem” lub popisową solówkę „Pognała Jagna wołki na bagna”. A gdy normalną koleją rzeczy doszliśmy do „Stary Donald farmę miał”, odśpiewaliśmy wszystkie zwrotki , niczego nie wykropkowując. Nawet Olek, którego niełatwo zadowolić byle śpiewaniem, ochoczo wtórował! Obok spali koloniści, dziatwa niewinna i nie znająca takich pieprznych przyśpiewek, ale udało się na szczęście uniknąć słusznego oburzenia kierownictwa Ośrodka.
Coś trochę po północy rozeszliśmy się do pokojów, że to w sobotę już od rana czekała moc zajęć w podgrupach i po całości.
I tak:
Po śniadaniu regaty, w których o pierwsze miejsce walczą trzy kajakowe osady: Iza B. z Grzesiem, Iza M. z Leszkiem  i Grażyna N. z Witkiem. Ta ostatnia osada, pełna zapału, wystartowała z...wiosła, zanim sędziujący Stefan nie dał sygnału do startu. Dostali jednak dyplom za zajęcie trzeciego miejsca, co tam. Regaty wygrała ma się rozumieć drużyna nr 2.
Reszta bądź to kibicowała, bądź wędrowała brzegiem jeziora Bachotek na mostek Jadwigi lub nad jeziorko Skrzynka. Część zapaleńców rozegrała jeszcze naprędce dwie rundki fińskiej terenowej gry Mölkky; obie wygrała oczywiście „młoda” Iza. „Życzliwi” sugerują, że potajemnie ćwiczyła przed wyjazdem, ale znając jej napięty grafik, nie dajemy im wiary!
Po obiedzie przyjechał Jurek z Rodzinką, więc, ledwo co odetchnąwszy po sutym obiedzie, pospieszyliśmy na próbę, bo w niedzielę - jak tradycja nakazuje - obowiązkowo należało zaśpiewać na Mszy Św. w Pokrzydowie.
Wieczorem – Ognisko! Z kiełbaskami, pozostałymi z piątku trunkami i śpiewami a facecjami. Jako że co pieprzniejsze kawałki zostały odśpiewane  w piątek /no może krom Polki Rozporkówki/, repertuar był spokojniejszy i bardziej  artystyczny. Wprawdzie Karol domagał się czasu antenowego z tęże Rozporkówką, ale ostatecznie skończyło się na Beatlesach, które odśpiewali we trójkę z Krzysiem i Leszkiem, znanymi Beatles-maniakami.
I ta imprezka skończyła się wyjątkowo wcześnie, bo już ok. pierwszej w nocy.
W niedzielę po Mszy św i całkiem udanych śpiewach ostatni spacer z Pokrzydowa do ośrodka, ostatnia kąpiel co odważniejszych i mniej sfatygowanych, pamiątkowe zdjęcia, dyplomy uznania dla wszystkich bez wyjątku, uściski i obietnica, ze za rok o tej samej porze!

Czekaj na nas Bachotku roztomiły!

Wasz Stary Wiarus, Grażyna Pijet