Drukuj
Odsłony: 1206

Bachotek przywitał nas chmurnie i nostalgiczne, ale jakże znajomo! Gdy wjeżdżaliśmy na teren ośrodka, mignął za drzewami tak dobrze zapamiętany budynek stołówki, usłyszeliśmy szum wiatru na porośniętym sosnami terenie i poczuliśmy się w domu, tym chórowym, oczywiście, pełnym muzyki, śmiechu, ruchu. Po rozpakowaniu bagaży pierwsze kroki skierowaliśmy nad jezioro. I nagle poczułam się, jakbym znalazła się w środku czarnobiałej pocztówki z sylwetką łodzi na środku jeziora, z atramentową chmurką i napisem "kocham Cię"... Przymglone, szare niebo potęgowało jeszcze wrażenie powrotu do przeszłości, tak dalekiej, i tak bliskiej jednocześnie. 

Ale musiało minąć kilkanaście godzin, zanim z wielu grupek" wzajemnej adoracji" utworzyła się spontanicznie, choć nie bez oporów, jak za dawnych lat, jedna rodzina. Rodzina Chórowa.

Choć bez dyrygenta - kolejnych dyrygentów, aż do aktualnego, Pawła, ale za to z naszymi dawnymi instruktorami śpiewu - Jagą Ewą, Kazikiem, Hanią. I oni, jak dawniej, co jakiś czas zbierali niesforną gromadę do wspólnego śpiewania. A Marzena dwoiła się i troiła, jej charakterystyczny pomarańczowy kubraczek migał między drzewami i pojawiał się zupełnie nieoczekiwanie.

Pierwszy obiad w Akwarium. Staliśmy w kolejce do okienka, barowe, PRL-owskie stoliki z metalowymi krzesełkami, roześmiane twarze chórzystów. Żarty, wygłupy. I ta sama kolorowa mozaika na ścianie, dziwacznie ryby i stworki. Kolację już zjedliśmy przy zsuniętych stołach - w Ośrodku byliśmy prawie sami, tylko Chór i kilka przemykających się pod ścianami osób. Co chwila jakieś "niech żyje nam, niech żyje nam", nawet do Marii Szpondrowskiej gdzieś w Rzymie. Z Bachotka, w dwadzieścia kilka lat później... Po obiedzie - regaty.

Ale najpierw pół chóru wylądowało w pokoju "chłopaków": Stefana, Andrzeja i Bogdana, i to nie całkiem bezinteresownie, bo Stefan, prawdziwy Sarmata, co to "postaw się a zastaw się", przywiózł niezłe zapasy jadła i napitków, którymi częstował wszystkich w zasięgu pokoju nr 102. Nic dziwnego, że wkrótce zarówno drzwi od balkonu jak i wejściowe trzeba było otworzyć na roścież, a Stefan jeszcze zagarniał każdego ciekawie zaglądającego do nas chórzystę. Nieco podchmielone głosy niosły się daleko nad wodą, a "Sokoły" chyba było słychać na drugim brzegu! Cały ten niezwykle muzyczny harmider nagrał Andrzej ku pamięci potomnych i naszej pobachotkowej uciesze.

Odpocząwszy nieco po trudach wstępnej integracji udaliśmy się nad jezioro, gdzie dzielni sportowcy, nie bacząc na mżawkę, rozpoczęli wyścigi do Wyspy Miłości (bo taka właśnie była jej nieoficjalna nazwa!). Szwagier również dzielnie płynął i co ważniejsze, dopłynął! Jak by napatrzeć, pan to już w latach i postury delikatnej, a zdzierżył, przy wydatnej pomocy Kasi, swojej partnerki. Zresztą w kajakowych bojach prym wiedli zdecydowanie seniorzy - pierwsze miejsce zajął wszak Stefan z Jagodą; jak widać, wcześniejsze imprezowanie tylko dodało im animuszu!

Chór tłumnie i w komplecie zebrał się nad brzegu jeziora i wysypał aż na pomost, skąd z niesłabnącym zapałem dopingował sportowców, a to trąbiąc głośno, a to wydając zachęcające okrzyki, a to pociągając łyk piwa dla przepłukania nadwerężonego gardła.

A wieczorem...OGNISKO

Nad jeziorem, powoli zapadał zmierzch, mżawka ustała, nawet nieco się jakby ociepliło, czy to nasze chórowe serca tak nas rozgrzały? Zebraliśmy się dokoła ogniska I SIĘ ZACZĘŁO!

Czego tam nie było! Śpiewy profesjonalne i nieprofesjonalne (z wyraźną przewagą tych ostatnich), tańce do wtóru gitar (bo czasem brzmiały dwie-moja i Karola), teksty nastrojowe, krotochwilne i całkiem niecenzuralne - w tych ostatnich prym wiódł Karol, a dzielnie mu sekundował Jacek i Jasiek. Inni też śpiewali z zapałem a panie od czasu do czasu zatykały uszy, jak przystało na słabą i delikatną płeć... Wszystko to przegryzane chlebem ze smalcem, ogórkami kiszonymi i przepijane czym tylko się dato, byle mocne i humor podtrzymujące.

Około 12-tej w nocy pokaźna grupa śmiałków wybrała się na nocną wycieczkę wzdłuż jeziora, zabrawszy latarki i (jak przypuszczam) zapasy, zwłaszcza napojów, bo coś dziwnie długo ich nie było.

Nieliczna pozostała grupka chórzystów i kilku świeżo upieczonych sympatyków naszej zgrai podtrzymywali ciepło chórowego ogniska, nie ustając w śpiewaniu i popijaniu, a przegryzaniu. A wielkie michy smalcu z cebulką i skwarkami zdało się nie mieć dna! Tylko alkohol jakoś szybciej się kończył.. I tak spędzaliśmy tę urokliwą bachotkową noc, pełną czaru dawnych wspomnień, ciepłą od naszych uczuć; niejeden westchnął sobie cichutko, niejednej łza zakręciła się w oku...Ech, Bachotek! Ech, Ty!

I śpiewaliśmy coraz nostalgicznie, a Ania daremnie namawiała to tego, to owego na dyskotekę, i jęczała po każdej co żałośniej wyciąganej nucie.... Dopiero Karol zlitował się nad nią i rozruszał towarzystwo, śpiewając wiązankę piosenek, których treść i słowa były tak pieprzne i niecenzuralne, że nawet Ania odmówiła słuchania i jako chyba ostania już przy ognisku białogłowa poszła spać. I zadowól tu kobiety!

Zasypiałam przy wtórze jeszcze trwających przy ognisku śpiewów i okrzyków najbardziej wytrwałej grupy, w której rej oczywiście wodzili Karol, Jasiek, Jacek i Iga. Jeszcze słyszałam przez sen nocne chórzystów rozmowy, i dopiero skutki szalonej nocy poderwały mnie nad ranem. Ale na to spuśćmy już zasłonę tajemnicy!

RANO WSTAŁO PIĘKNE SŁOŃCE NAD JESZCZE PIĘKNIEJSZYM JEZIOREM BACHOTEK I POCZULIŚMY SIĘ SZCZĘŚLIWI!

Choć niektórzy nieco schorowani....

Ale na śniadanie wszyscy stawili się w komplecie, humory niezmiennie dopisywały, choć ten i ów/owa co i raz przecierał oczy i ziewał ukradkiem. Część co mniej zbalowanych wyruszyła raźno do kościoła na niedzielną mszę, reszta, ta bardziej zmarnowana, rozłożyła się pokotem na pomoście i rozstawionych na plaży ławkach, by złapać jeszcze trochę "hebanu", bo słońce mocno przygrzewało, a nawet przysnąć sobie dyskretnie. Jezioro połyskiwało niebiesko przez półprzymknięte powieki, ktoś coś śmiesznego powiedział, z pomostu dobiegały rozbawione głosy kilku chórzystów, chciało się żyć jak dawniej!

Jeszcze zbiorowe zdjęcia, poobiednia próba, którą poprowadził Kazik, z właściwym sobie humorem, niezmiennym mimo upływu lat, urodzinowy/czy imieninowy? kosz łakoci od Majki, gromkie "niech żyją" na cześć różnych szczególnie zasłużonych osobistości, pożegnalny krąg wokół wygasłego ogniska, "Szkocka piosenka" i "Konie zielone..", i już do autokaru, sybaryci do samochodów, buziaki, uściski, machanie. W drogę.

A za rok o tej samej porze - DRUGIE SPOTKANIE BACHOTKOWE!!!

Oprac. Grażyna Pijet z d. Andruszkiewicz